piątek, 15 grudnia 2017

Rozdział 46 "Ucieczka ze szponów śmierci"

Miesiąc wcześniej

Śnił. Lecz było to zbyt wiele snów, by mógł je wszystkie spamiętać. Pamiętał jedynie przebłyski. Zamek w ogniu. Uciekający Wygnani. Marion konająca w jego ramionach. Nic więcej. Ale może to i lepiej. Nie byłby w stanie znieść większej ilości cierpienia.
Przebudził się z cichym jękiem i gwałtownie poderwał się z posłania, na którym leżał. Przed jego oczami pojawiły się mroczki, ale był pewien, że i tak nie zobaczyłby więcej, niż teraz, bowiem w pomieszczeniu panował mrok, nie licząc kilku świec tlących się w kącie. Oszałamiający ból, który roztaczał się po jego klatce piersiowej też uniemożliwiał mu prawidłowe rozpoznanie otoczenia. Czuł się tak, jakby ktoś próbował rozerwać mu żebra gołymi rękoma. Ale mimo wszystko odetchnął z ulgą, bowiem cały ten ból świadczył o jednym.
Żył.
Zamrugał pospiesznie i, łapiąc się za płuca, rozejrzał się po pomieszczeniu. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, omal nie spadł z prowizorycznego łóżka, na którym ktoś go położył. Był w jakieś niezwykle mrocznej i zapomnianej przez Boga izbie chorych. Gdzie nie zerknął, tam widział leżących ludzi. Większość była poważnie ranna. Mógł przysiąc, że nie przeżyją tygodnia, nie w takich warunkach. Najgorsze w tym wszystkim było to, że niektórych rozpoznał, zwłaszcza tych, którzy leżeli blisko niego i w pobliżu świec.
Wygnani.
Jeńcy wojenni.
Każdy konający.
Zamierzał wstać i sprawdzić, czy nie ma wśród nich jego bliskich, czy będzie w stanie komuś pomóc, jednak ktoś do niego pobiegł i delikatnie, aczkolwiek stanowczo pchnął go na posłanie.
 Jeśli nie chcesz mieć kłopotów, radzę ci leżeć.
Głos należał do młodej dziewczyny o delikatnych rysach, niesamowitych złotych oczach i brązowych włosach zaplecionych w warkocz. Wyglądała na Rzymiankę. Miała na sobie brudne łachmany, które kiedyś musiały być ładną, długą rzymską suknią. Mógł przysiąc, że gdzieś już ją kiedyś widział, ale nie miał pojęcia gdzie i w jakich okolicznościach.
 Nie rozumiesz  jęknął, czując, jak rozsadza mu płuca.  Tam mogą być moi ludzie i…
 Leżą tu też Upadli, więc jeśli wpadniesz na któregoś, który widział cię w Wuhan, zginiesz, zanim strażnicy stwierdzą, że może lepiej będzie zachować cię przy życiu.
 Zaraz, jacy strażnicy, gdzie ja jestem, co…
Dziewczyna przycisnęła mu dłoń do ust, drugą ręką sunąc ponad jego żebrami. Poczuł, jak te przesuwają się z głośnym trzaskiem, wracając na swoje dawne miejsce. Chciał krzyknąć, jednak ręka nieznajomej skutecznie mu to uniemożliwiła. Ból, jaki czuł, był niewyobrażalny. Mógłby przysiąc, że Rzymianka coś do niego mówiła, jednak nim dotarł do niego sens jej słów, stracił przytomność.

***

Tym razem nie śniło mu się zupełnie nic, za co był ogromnie wdzięczny. Gdyby znów zobaczył Marion skąpaną we krwi i patrzącą na niego z wyrzutem, sam mógłby tego nie przeżyć. Tym razem też nie obudził się w tej samej sali, co poprzednio. Pokój wyglądał nieco schludniej. Nie otaczali go też żadni inni ludzie. Nawet łóżko było wygodniejsze. Przez duże okno do środka wpadało krwistoczerwone światło, co znaczyło, że zbliżał się zachód słońca. Chyba, że…
Zsunął się z posłania, rejestrując fakt, że żebra już go nie bolały. Zachowując jednak ostrożność, powoli podszedł do okna i stanął oko w oko z przerażającą rzeczywistością. Oparł się o framugę, by nie upaść. Musiał być jakieś trzy, cztery piętra nad ziemią. Poniżej roztaczało się małe miasteczko przypominające te, w którym wychowywała się Aria. Poza murami roztaczała się bezkresna dolina pełna smutku i rozpaczy, a także las z drzewami pozbawionymi liści. Na niebie górowało słońce w czerwonym kolorze, które parzyło twarz.
Miasto Upadłych.
Kręcąc z niedowierzaniem głową, cofnął się o kilka kroków. Nie, to nie mogła być prawda. Nie mógł znów trafić do tego piekła. Wolałby zginąć w tamtym wybuchu, niż tu tkwić.
Usłyszał czyjeś kroki i krótką wymianę słów za drzwiami. To go otrzeźwiło. Z rozgorączkowaniem zaczął rozglądać się za jakimś przedmiotem, który pomógłby mu się bronić, był bowiem pewny, że jego moc nie będzie chciała działać tak, jak powinna. Jego wzrok powędrował w stronę kominka, nad którym wisiał miecz. Poczuł szybsze bicie serca. To mogła być jego ostatnia nadzieja, nawet jeśli miecz był tylko repliką. Znał się na szermierce, mógłby się bronić nawet spróchniałym kawałkiem drewna. Biorąc jednak ostrze do ręki od razu wyczuł, że jest prawdziwe. Przez chwilę przez głowę przemknęła mu dziwna myśl – kto ukrywałby jeńca w komnacie, w którym ma dostęp do broni? Przestał jednak zwracać uwagę na tę anomalię, gdyż drzwi lekko się uchyliły. Szybko za nimi stanął, gotując się do walki. Gdy jego gość przestąpił próg i stanął na środku komnaty, bez zawahania się na niego rzucił, głównie dlatego, że miał na sobie szatę Upadłego. Dla takich jak oni nie miał litości. Nie po tym, co go spotkało.
Gdy jego miecz znalazł się kilka cali od głowy zakapturzonej postaci, ta schyliła się i, obracając się na pięcie, uderzyła go pięścią w brzuch. Stęknął głucho, jednak nie wypuścił miecza z rąk. Wykorzystując to, że napastnik jest pochylony, kopnął go z całej siły kolanem w twarz. Usłyszał cichy jęk i nieprzyjemny odgłos łamanej kości. To jednak nie zniechęciło jego przeciwnika. Nieznajomy błyskawicznie wyciągnął zakrzywiony sztylet z połów płaszcza i wycelował go w jego twarz, drugą ręką łapiąc za nadgarstek, w którym trzymał miecz. W ostatniej chwili złapał Upadłego za przegub, tak, że sztylet zatrzymał się kilka centymetrów od jego nosa. Spojrzał w twarz wrogowi, który zdążył się wyprostować, patrząc na niego z oburzeniem. Poczuł się tak, jakby coś mocno ścisnęło go za żołądek. Nie miał do czynienia z mężczyzną, a kobietą, choć raczej powinien nazywać ją dziewczynką. Tą samą, która rozmawiała z nim w infirmerii. Teraz wyglądała o wiele dostojniej, niż wtedy, jeśli nie liczyć złamanego nosa, z którego sączyła się krew.
 To ja ci pomagam, leczę twoje rany i złamane żebra, przenoszę cię do innej komnaty, by nikt cię nie rozpoznał, a ty mnie atakujesz?  fuknęła, wykorzystując jego konsternację i wytrącając mu miecz z ręki.
 Jesteś Upadłą!  zawołał, wyrywając się z jej uścisku i cofając pod ścianę.
Ściągnęła kaptur, kręcąc z niedowierzaniem głową.
 Och, na bogów, czy nosząc ich szaty muszę być jedną z nich?  zapytała, chowając sztylet i unosząc ręce w geście kapitulacji.
 Więc kim jesteś, co tu robisz, co ja tu robię i czemu jeszcze żyję?
 Zadajesz za dużo pytań, Ross. Radzę ci usiąść i być cicho, bo jeśli ktoś z wyższej rangi odkryje, że trzymam cię tutaj zamiast z resztą jeńców, oboje powędrujemy na stryczek.

***

 Po wybuchu twierdzy w Wuhan zginęło wielu ludzi. Ci, którzy przeżyli, ale którzy byli poważnie ranni, trafili tutaj. Wygnani uratowali wielu swoich, ale nie wszystkich. Nie tych, którzy wciąż byli w murach. Nie było ich wielu, ale potem zajęto się tym, by dopaść kilku waszych ludzi za to, co zrobili. Mustafa osobiście zajął się tym, by jego wrogowie znów trafili w jego łapy. Chciał się zemścić po tym, jak ty i twoi przyjaciele pokrzyżowaliście mu część planów. Teraz sam się ukrywa, bowiem wie, że twoi ludzie na niego polują. Hmm, wybacz, zbaczam z głównego tematu. Przeżyłeś, gdyż masz moc, która ci to umożliwiła. Na chwilę przed wybuchem próbowałeś się przemienić, podejrzewam, że w smoka, ponieważ przez kilka dni, gdy leżałeś nieprzytomny, twoje ciało zdobiły grube łuski. Takiego cię znaleziono i sprowadzono tutaj. Wszyscy po drugiej stronie myślą, że nie żyjesz, podobnie jak reszta obecnych tu Wygnanych, choć ich faktycznie to czeka.
Słuchał jej z niemałym szokiem, mimochodem sprawdzając, czy wciąż był pokryty łuskami. Na szczęście ten problem miał już z głowy. Szkoda, że pozostało ich jeszcze dziewięćdziesiąt dziewięć. Tysięcy. Albo milionów. Kto by liczył?
 Czy… czy w infirmerii leży chłopak mniej więcej w moim wieku?  zapytał, przypominając sobie, po co tak naprawdę wbiegł do twierdzy.  Wysoki blondyn, zielone oczy, blizna na podbródku?
Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała sobie przypomnieć, czy faktycznie widziała kogoś takiego. Po jej minie wnioskował jednak, że nic z tego.
 Nie kojarzę nikogo takiego  odparła, posyłając mu baczne spojrzenie swoich złotych oczu.  Ale wiem dobrze, o kim mówisz. Chodzi ci o Oskara, prawda? Brata Gabriela, prawej ręki Mustafy.
Skinął głową, jednak nie był w stanie zapytać o to, skąd go zna. Tak właściwie mało go to obchodziło. Poległ na całej linii frontu. Miał go uratować, miał wynieść go całego i zdrowego, by Aria już nigdy nie musiała przez niego cierpieć. Ale nie zdążył. Trafił do Miasta Upadłych, a Oskar… On prawdopodobnie nie żył.
Z jego winy.
 To dziwne, że jeszcze nie spytałeś kim jestem, ani czemu trzymam cię z dala od Upadłych  mruknęła, tym samym odsuwając go od ponurych myśli.
 A będziesz skłonna mi to wyjawić?  mruknął, starając się, by jego głos nie zabrzmiał tak, jakby miał się zaraz rozpłakać.
 Jak najbardziej  odparła spokojnie.  Na imię mi Liwia, jestem córką Marka Aureliusza, cesarza Rzymu, oraz Faustyny, Upadłej, której miałeś przyjemność odrąbać głowę.
Jules przypomniał sobie dostojną kobietę, która próbowała go spowolnić po tym, jak wbiegł do pałacu w poszukiwaniu Oskara. W przypływie szaleństwa rzucił się na nią i odciął jej głowę, która potoczyła się na dziedziniec. Mimo wszystko nie poczuł wstydu. Dla Upadłych nigdy nie miał litości, niezależnie od tego, kim mogli być w życiu codziennym. Pojął też, dlaczego Liwia wydawała mu się znajoma. Musiał widzieć ją przed laty w Rzymie u boku jej ojca.
 Ja… Nie chcesz się na mnie zemścić?
Zachichotała.
 Nie, chcę ci podziękować. Matka była despotką. Sprowadziła mnie tu, bym pilnowała jeńców, bym leczyła rannych i bym pewnego dnia stała się pełnoprawną Upadłą, przechodząc Rytuał Krwi. Nie chciałam tego, nie pragnęłam być taka, jak ona. Cesarzowa, Upadła, potwór. Jestem jej zupełnym przeciwieństwem. Naprawiam, nie niszczę. Pomagam, nie odpycham potrzebujących. Dlatego cię tu ukryłam, dlatego leczę twoje rany w tajemnicy przed innymi. Wiele ci zawdzięczam, a poza tym liczę, że uda mi się cię stąd wyprowadzić.
 Chcesz pomóc mi stąd uciec?  zapytał, nie kryjąc zaskoczenia.
 Oczywiście. Upadli nie przejmą władzy, nie dopuszczę do tego. Jesteś jedynym Wygnanym, który jest w stanie się stąd wymknąć i ostrzec przyjaciół.
 Ostrzec? Przed czym?
 Mustafa wciąż ma dwa kawałki Miecza Dusz i nie spocznie, póki nie odnajdzie kolejnego fragmentu, który ukryłeś i o którym nikt poza tobą nie wie, a także nie zabije twoich przyjaciół i nie odbierze im mocy. W tajemnicy szykuje armię złożoną z najwytrwalszych wojowników, którym udało się umknąć przed ręką sprawiedliwości Wygnanych, więc możesz być pewien, że nie minie kilka tygodni, jak ponownie zaatakuje tych, których kochasz najmocniej na świecie. Będzie jednak jeszcze gorzej, gdy dowie się, że tu jesteś i że żyjesz. Wtedy nie spocznie, dopóki torturami nie wydusi z ciebie, gdzie ukryłeś ostatni fragment Miecza Dusz.

***

Wychylił się zza filaru, bacznie rozglądając się po izbie chorych. Musiał się upewnić. Musiał mieć pewność, że nie ma tu Oskara, że nie trafił tu żaden z jego bliskich. Była jednak pewna przeszkoda. Jeden z Upadłych przechadzał się po pomieszczeniu, sprawdzając, czy może pozbyć się kolejnego gnijącego ciała. Widząc jego pyszałkowatą twarz, miał ochotę rzucić się na niego i wyrwać mu serce. Widać było, że nie obchodziło go cierpienie innych. Miał gdzieś to, że otaczają go bezbronni ludzie. Najważniejsze, by jak najwięcej z nich umarło, by jak najwięcej wrogów jego pana odeszło z tego świata. Powstrzymała go tylko jedna, jedyna rzecz – świadomość, że był jedyną osobą, która może ostrzec swoich ludzi przed planami Mustafy.
Liwia nieco mocniej naciągnęła mu kaptur na głowę, po czym dała znak ręką, by schował się we wnęce znajdującej się tuż za drzwiami. Skinął głową i wcisnął się między kamienne ściany, czując bijący od nich chłód. Liwia natomiast weszła do komnaty, starając się zachowywać tak, jak na przyszłą cesarzową przystało. Po chwili zniknęła mu z oczu, jednak mimo wszystko mógł słyszeć jej opanowany głos.
 Wyjdź, Kostia. Nie potrzebuję cię tu jako Mrocznego Kosiarza.
 Wypełniam tylko swoje obowiązki. Poza tym nie ty tu rozkazujesz.
 Jestem córką Marka Aureliusza, kretynie. Mogę mówić i robić co mi się żywnie podoba, a ty masz mnie słuchać. Nie ma tu twojego zwierzchnika. Nie ma Mustafy ani Gabriela. Podlegasz więc tylko i wyłącznie mi.
 A co chcesz zrobić? Porozmawiać z tymi zdrajcami? Wątpię, czy potrafią wykrztusić z siebie coś poza cichymi jękami i dziwnym charkotem.
 Mam zamiar się nimi zająć, tak, jak mi przykazano, a nie chcę tego robić z tobą dyszącym mi nad karkiem.
 Dobrze już, dobrze. Idę. Jednak jeśli dowiem się, że nawiązałaś z kimś rozmowę i nikogo o tym nie poinformowałaś, nawet twoja pozycja nie pomoże ci w zachowaniu głowy.
 Tak, tak, żegnam.
Mężczyzna rzucił jej ostatnie pogardliwe spojrzenie, po czym wyszedł z komnaty. Jules wstrzymał oddech, gdy mijał wnękę, w której się ukrył. Gdy kroki całkowicie ucichły, a Liwia cicho syknęła, ostrożnie przecisnął się przez drzwi i podszedł do niej, modląc się w duchu, by nie stracił nad sobą panowania. Teraz leżało tu o wiele mniej ludzi, niż poprzednio, co by znaczyło, że część z nich już pożegnała się z życiem. Poznał kilku Wygnanych, a także kilku Upadłych. Wszyscy byli w takim stanie, iż nie dziwił się, dlaczego nikt poza Liwią się nimi nie zajmował. Czekała ich tu tylko śmierć.
 To był chyba zły pomysł  mruknęła, patrząc na niego z zaniepokojeniem. Najwyraźniej musiał mieć wymalowane całe to przerażenie na twarzy.
 Nie  jęknął, wolnym krokiem mijając kolejne nosze.  Muszę się upewnić, muszę…
 Jego tu nie ma, Julianie  szepnęła, łapiąc go za rękę.  Nie ma tu nikogo z twoich bliskich. Wierz mi, dobrze wiem, jak wyglądają. W końcu od dawna was obserwuję i…
 Liścik w Athens  wtrącił, spoglądając na nią z niedowierzaniem.  Wiadomość, którą znalazłem w moim domu. To byłaś ty, prawda?
Skinęła głową.
 Owszem. Nie mogłam się zdradzić, by zachować głowę. Sam rozumiesz. Mimo to chciałam pomóc.
 Bardzo nam pomogłaś. A pomożesz jeszcze bardziej. Zabierz mnie stąd  dodał po chwili, odwracając wzrok od kolejnego umierającego. Miała rację. To go przerastało.  Nie zniosę dłużej tego widoku.
Liwia skinęła głową i poprowadziła go w stronę korytarza, z którego przyszli. Dziewczyna przeprowadziła go przez tajne przejście, które ponoć tylko ona znała, a którego używała do szybkiego poruszania się po zamku. Tylko przeciskając się przez wilgotne, klaustrofobiczne korytarze mogli umknąć niezauważeni przed Upadłymi. W końcu, jeśli Liwia miała rację, wyznaczono za niego taką cenę, jak za żadnego z jego przyjaciół. Pocieszające.
Byli już niezwykle blisko komnaty dziewczyny, w której ostatnimi czasy ukrywał się Jules, gdy dobiegły ich czyjeś kroki. Ktoś biegł. I to niezwykle szybko. Spanikowana Liwia otworzyła najbliższe drzwi i wepchnęła przez nie Julesa, sama zostając na korytarzu. Kroki ucichły, lecz zamiast nich dało się słyszeć czyjś ponury głos. Głos, który dobrze znał. Starając się nie hałasować, przycisnął ucho do ściany i zaczął nasłuchiwać.
 Daj spokój, Liwio  rzekł Gabriel. Brzmiał, jakby miał chrypę, jakby coś mocno uwierało go w gardło. Jules doskonale wiedział dlaczego. Był wtedy w pałacu w Wuhan, gdy ten wyleciał w powietrze. Najwyraźniej nie sprzyjało im szczęście i chłopak przeżył. Zupełnie tak, jak jego pan. – Chcę tylko porozmawiać.
 Zwykle rozmowy z tobą źle się dla mnie kończyły  odparowała.  Ale niech ci będzie, masz pięć minut na to, by nie zanudzić mnie na śmierć.
 Kostia powiedział mi, że przyszłaś do jeńców. Po co?
 Bo to mój obowiązek. Dopóki nie przejdę rytuału, Mustafa nie pośle mnie do walki, czyżbyś zapomniał?
 Nie zapomniałem. Chodzi mi o to…
 Ale najwyraźniej zapomniałeś, że zginął twój brat.
Cisza. Jules był pewien, że Gabriel skręcił Liwii kark. W końcu był to jedyny sposób na to, by ta w końcu się zamknęła i przestała mówić wszystko, co przyjdzie jej pierwsze na myśl. Zaczął się nawet zastanawiać, dlaczego nikt jeszcze jej nie zabił, skoro tylko zawadzała. Mustafa nie był głupi, na pewno wiedział, że ta knuła przeciwko niemu. Najwyraźniej wciąż łudził się, że przejdzie na jego stronę, by mógł potem zagarnąć dla siebie cały Rzym – miasto, którym wkrótce ta będzie władać.
Po chwili jednak usłyszał cichy śmiech dziewczyny, co oznaczało, że Gabriel jednak się powstrzymał przed morderstwem z premedytacją.
 Co, nic nie powiesz?
 Oskar był zdrajcą.  Jego głos był wyprany z emocji. Nawet nie chciał wiedzieć, co Mustafa z nim zrobił, skoro śmierć brata w ogóle na niego nie wpłynęła.  Stał po stronie Wygnanych, a oni wszyscy powinni zginąć.
 Więc czemu ja jeszcze żyję, co? Czemu Mustafa mnie tu trzyma?
 Byłabyś idiotką, gdybyś tego nie wiedziała. A wiem, że nią nie jesteś. Coś ci jednak powiem. Powiem ci, że znam twój sekret.
Jules poczuł, jak coś staje mu w przełyku. Gabriel o nim wiedział? Wiedział, że Liwia go uratowała, a teraz szukała sposobu, by go stąd wyprowadzić? Nie, to nie mogła być prawda. Wszyscy, łącznie z Upadłymi, sądzili, że zaginął pod gruzami, że jego ciało przepadło na zawsze.
Istniała jeszcze jedna ewentualność. Liwia miała do ukrycia coś znacznie więcej.
 Jeśli chcesz bredzić, idź do swoich przyjaciół i im wciskaj bajeczki  fuknęła. Coś się jednak zmieniło. Nie brzmiała już jak władczyni wszechświata, a jak wystraszona dziewczynka. Głos jej drżał i, był tego pewien, to przerażenie miała wymalowane w oczach.
Gabriel zachichotał.
 Mnie nie oszukasz, Liwio. Wiem, co zrobiłaś. Wiem, czego się dopuściłaś, by zapewnić Wygnanym chwilowe zwycięstwo.
O czym on, do jasnej cholery, mówił?
 Och, czyżby? Czemu więc jeszcze nie poinformowałeś o tym Mustafy?
 Nie muszę tego robić. Po pierwsze, sam ma cię na oku. Po drugie, nie mam wystarczających dowodów, choć swoje wiem. No i po trzecie, w ten sposób poniekąd mu się przesłużyłaś.
 Nie rozumiem…
 Dzięki tobie Wygnani wcale nie są zjednoczeni, a podzieleni bardziej, niż kiedykolwiek. Aria jest w rozpaczy, bo zginęły dwie niezwykle ważne dla niej osoby. Podobnie jest z przywódcami światów. Dopóki taki stan rzeczy potrwa, Mustafa będzie miał przewagę i niedługo zrealizuje swój wielki plan odzyskania ostatniego kawałka Miecza Dusz.
 Nie taki był mój zamiar, głąbie. Chciałam śmierci Mustafy. Nic nie poradzę, że ładunek zadziałał na niego tak samo, jak na ciebie. Czyli nijak. Zrobiłam to dla moich ludzi. By wreszcie byli wolni.
 Zabiłaś kilku Wygnanych, Liwio. To cię nie boli?
 Czasem śmierć nielicznych jest potrzebna, by ocalić tysiące istnień.
 Nic jednak nie poszło po twojej myśli. Nawet jeśli się stąd wymkniesz, Aria dowie się, że zdetonowałaś ładunek, że zabiłaś dwóch mężczyzn jej życia bez zawahania. Jeśli myślisz, że cię oszczędzi, to grubo się mylisz. Jest teraz najpotężniejszą istotą, jaka chodzi po ziemi, a narażanie się jej jest tak głupie, jak drażnienie Mustafy.
 Odejdź, Gabrielu. Nie potrzebuję twoich żałosnych prób wytrącenia mnie z równowagi. Powiedz Mustafie, że może sobie czekać wieczność na moje posłuszeństwo.
 Twoja buta kiedyś sprawi, że źle skończysz i nawet pozycja nie pomoże ci w zachowaniu głowy. Do zobaczenia, Liwio. Oby sumienie nie dało ci tej nocy spokoju.
Odgłos kroków zwiastował odejście Gabriela. Gdy te ucichły, Jules wypadł jak burza z komnaty, w której się ukrywał i złapał Liwię za ramię. Nie zważając uwagi na jej protesty, siłą zaciągnął ją do jej własnego pokoju. Krew w nim buzowała, a myśli biegły jak szalone. To ona. Ta sama dziewczyna, która teraz o niego dbała, która robiła wszystko, by stąd uciekł i ostrzegł swoich przyjaciół, odpowiadała za śmierć wielu ludzi. Za śmierć Oskara. Za to, że tutaj trafił. Zaufał jej. A ona go zawiodła, wbijając mu nóż w plecy.
 Julianie, posłuchaj  jęknęła, próbując wyswobodzić się z jego uścisku.  Nic nie rozumiesz.
 Rozumiem dość  warknął, zamykając za sobą drzwi i popychając ją na ścianę. Uderzył pięścią tuż koło jej głowy tak mocno, że zrobił dziurę w cegłach.  Rozumiem, że jesteś podstępną, kłamliwą świnią, która manipuluje innymi jak marionetkami! Zabiłaś Oskara! Omal nie zabiłaś mnie! I ty masz czelność mówić, że zrobiłaś to dla dobra swoich ludzi?!
 Musiałam mieć pewność, że wasz plan się uda  tłumaczyła się. W jej oczach pojawiły się łzy.  Musiałam wiedzieć, że ten budynek wyleci w powietrze i że jak najwięcej Upadłych zapłaci za to, co zrobiło. Tak, wiedziałam o Oskarze, ale musiałam myśleć o większym dobru.
 Jesteś zupełnie taka sama, jak Mustafa  żachnął się.  Zabijasz nawet swoich, byleby tylko utorować sobie drogę do władzy.
 Jako cesarzowa mogłabym poprowadzić ludzi do walki o wyzwolenie. Jestem jedyną osobą, której Upadli nie skrzywdzą ze względu na moją pozycję, dlatego mam przewagę. Owszem, zabiłam Oskara, ale pomyśl, jak bardzo zyskał na tym nasz świat. Ciebie nigdy nie chciałam skrzywdzić, wierz mi.
 Bo jestem potrzebny! Tylko ja wiem, gdzie jest ukryty ostatni fragment Miecza Dusz, a ty po cichu liczysz na to, że ci go dam. Przykro mi, Liwio. Nikt go nie dostanie w swoje ręce. Nawet ja.
 Jules…
 Nie mów tak do mnie!
Odsunął się od niej, łapiąc się za głowę. Jak mógł jej dalej ufać? Jaką mógł mieć pewność, że mu pomoże? Omal nie doprowadziła do jego śmierci. Czy to nie był powód, by ją zabić? Tu i teraz. Jakby słysząc jego myśli, Liwia wyciągnęła swój miecz i odwróciła go rękojeścią w jego stronę.
 Dalej, zrób to.  Jej oczy pałały gniewem.  Zabij mnie. Jak sądzisz, co się wtedy stanie? Kto pomoże ci uciec? Na Gabriela raczej nie masz co liczyć. Mustafa wyprał z niego wszystkie uczucia i zamienił w bezduszne zombie. Jestem twoją ostatnią nadzieją.
Jules odepchnął miecz. Doskonale zdawał sobie sprawę, że bez niej nie będzie w stanie wrócić do swoich przyjaciół, że nie będzie w stanie wrócić do Marion. Na wspomnienie o niej ścisnęło mu się serce. Tylko on był w stanie normalnie z nią rozmawiać. Tylko on wiedział, jak powstrzymać ją przed niszczeniem samej siebie. Jeśli teraz sądziła, że nie żyje… Oby tylko nie zrobiła nic głupiego. Nie mógł jej stracić. Nie po raz kolejny. Musiał więc zaufać Liwii. Przynajmniej na razie. A gdy już będzie po wszystkim, zetnie jej głowę. Tak, jak jej matce.
 Nadzieja  mruknął, odwracając się do niej plecami.  Ponoć umiera ostatnia. Obyś i ty skończyła tak samo, zdrajczyni.

***

Wiele by dał, by choć na chwilę zaczerpnąć świeżego powietrza. Oddałby duszę za możliwość wyjścia na zewnątrz i rozprostowania nóg. Niestety, nie mógł tego zrobić. Kiedyś nawet przez myśl mu nie przeszło, że siedzenie w czterech ścianach w zamkniętym pokoju przez trzy tygodnie może człowieka doprowadzić do szaleństwa. Teraz jednak poczuł to na własnej skórze i poprzysiągł sobie, że nawet największego wroga nie podda takim torturom. No, może poza Mustafą. Jego najchętniej wcisnąłby do małej blaszanej skrzynki i zamknął na wiele miesięcy. O ile ten przeżyłby te wszystkie dni. W końcu brak jakiegokolwiek kontaktu ze światem rzeczywistym potrafił zabić już po kilkunastu dniach.
Liwia bardzo dbała o to, by nikt nie odkrył jego obecności. Nie mogła więc przynosić mu dużo jedzenia ani zapewniać mu dogodnych warunków. Bardzo schudł przez ten czas. Mógł niemalże policzyć wszystkie swoje kości. A choć pomstował na małą Rzymiankę, ta najwyraźniej niewiele robiła, by ulżyć mu w cierpieniu. Wciąż próbowała obmyślić plan, jak zdobyć astrolabium i wysłać go do innego wymiaru. Niestety, po tym, jak raz wymknęła się do Wuhan, Gabriel bardziej się jej przyglądał. Z rozkazu wciąż ukrywającego się Mustafy ktoś z jego ludzi wciąż za nią chodził. Na szczęście nikt nie ośmielał się wchodzić do jej komnaty, inaczej byłoby po nim.
 A nie możesz po prostu ukraść astrolabium?  zapytał raz, gdy Liwia przyniosła mu miskę z wodą.  Moglibyśmy stąd uciec. Razem.
Nie lubił jej, nie po tym, jak prawda o niej wyszła na jaw, ale nie chciał, by Upadli zabili ją za to, że mu pomogła. Mustafa miał rację – była zbyt cenna, i to dla obu stron.
Liwia pokręciła z rozbawieniem głową.
 Nie mogłabym uciec z tobą, Julianie. Miałeś rację, mówiąc, że twoi ludzie by mnie zabili. Moja matka była Upadłą, ja sama przesiąkłam ich zwyczajami. Mieliby mnie za wroga. A będąc tutaj, jestem bardziej przydatna. Dzięki temu mogę przesyłać wiadomości o poczynaniach Upadłych moim braciom i szykować potajemnie Rzym do ostatecznej walki. Jeśli ucieknę, Upadli pognają za mną i wojna znów się rozpocznie.
Więcej do tego nie wracał. Miał już jednak dosyć siedzenia i czekania na cud. Raz nawet sam zapragnął ukraść astrolabium, tak, by nikt nie dowiedział się o udziale Liwii w tej akcji. Wiedział jednak, że nie byłby w stanie pokonać Upadłych. Wciąż był zbyt słaby i zbyt obolały, nie mógł się zmienić nawet w najmniejsze zwierzę. Tamten wybuch mocno się na nim odbił. Dosłownie. Poza tym nie tak łatwo było wymknąć się z Miasta Upadłych. Można to było zrobić jedynie z Ogrodu Życia lub ze wzgórza za miastem, gdzie znajdował się portal. Najpierw więc czekała go przeprawa przez trzy kilometry. Bardzo przyjemna perspektywa.
Okazja do ucieczki nadarzyła się, gdy nikt się tego nie spodziewał. A już zwłaszcza oni.
Stał właśnie przy oknie i zastanawiał się, czy najlepszym rozwiązaniem nie byłoby skoczenie z parapetu i rozpłaszczenie się na chodniku jak wielka mokra plama, gdy z korytarza dobiegły go jakieś okrzyki. Usłyszał kilka przekleństw i pojedynczych uderzeń, które zwiastowały zaciekłą walkę. Po chwili ktoś wpadł do pokoju. A raczej kilka ktosiów. Pierwszym była Liwia. W ręku trzymała astrolabium. Wyglądała na mocno wytrąconą z równowagi. Jules kompletnie się jej nie dziwił, bowiem towarzyszyła jej dwójka osób, których raczej nie mógł zaliczyć do ludzi. Jedną z nich była kobieta, drugą mężczyzna, a raczej młody chłopak w jego wieku. I oboje bardzo dobrze znał.
 Apollo?  wydyszał, wpatrując się teraz już w młodzieńca nie o złotych włosach, a białych jak śnieg, któremu najwyraźniej poskąpiono słonecznego blasku.  Demeter?  dodał, obserwując wysoką kobietę odzianą w zielony płaszcz, która nie tak dawno uratowała Marion życie.  Ale jak, co…?
 Doszły nas słuchy, że potrzebujesz wsparcia!  zawołał wesoło Apollo, strzelając z łuku do kogoś znajdującego się na korytarzu.  Zeus się na nas za to zemści, ale co tam. Aleks nauczył mnie, że bez ryzyka nie ma zabawy, więc ryzykuję co nie miara.
 Nie mamy czasu na czcze rozmówki  warknęła Demeter.  Pośpiesz się, mój drogi. Nie możemy zabawić tu wiecznie. Hades nie będzie w stanie chronić nas przed wzrokiem mojego wiecznie naburmuszonego brata.
Nie zadawał już żadnych pytań. Nie obchodziło go już dlaczego właśnie oni, dlaczego teraz, dlaczego on. Miał okazję do ucieczki. Być może ostatnią. Musiał ją wykorzystać jak tylko się dało. Podbiegł do Liwii, a ta wcisnęła mu astrolabium do rąk i wyszarpała swój miecz.
 Uciekajcie stąd  powiedziała, klepiąc go po policzku.  Zatrzymam ich. Musisz powiedzieć swoim ludziom o planach Mustafy, pamiętaj, to najważniejsze.
Chciał zaprotestować, chciał zabrać ją ze sobą pomimo zła, jakie mu wyrządziła. Ta jednak nie dała mu dojść do słowa. Pospiesznie wypchnęła go na zewnątrz, gdzie już zaczęło roić się od Upadłych. Na szczęście nie było wśród nich Gabriela, psychopatycznego mordercy. Liwia wybiegła im naprzeciw, a obok niej stanęła Demeter, wyczarowując dzikie pędy roślin, które pomknęły w stronę Upadłych. Próbowali je pokonać, jednak moc bogini wciąż była potężniejsza niż nic nieznaczące Dary małych ludzików. Wiedział jednak, że nie dadzą rady powstrzymywać ich w nieskończoność. Musiał im pomóc. Musiał coś zrobić. Był im to winien. Apollo jednak nie dał mu możliwości zemsty. Szarpnął go mocno za ramię i pociągnął w przeciwnym kierunku. Chcąc wykorzystać ostatnie chwile w tym miejscu, zawołał:
 Wrócę po ciebie, Liwio! Choćby nie wiem co, wrócę!
Ta posłała mu przelotne spojrzenie i skinęła nieznacznie głową, po czym ruszyła do ataku, chlastając mieczem Upadłych, którym udało się przedostać przez pnącza.
 Nic im nie będzie  zapewnił Apollo, biegnąc z nim na dół.  To twarde babeczki.
 Jak zamierasz mnie przenieść do portalu? To kawał drogi stąd!
 Wykorzystam resztki mojej mocy i zapewnię nam transport światłem. Musimy jednak wydostać się na zewnątrz. Słońce Miasta Upadłych to nieskończony zapas energii, nawet dla strąconego boga.
 Jesteś…
 Bardzo ludzki? To fakt, Aleks bardzo mnie zmienił. Najpierw poświęciłem się dla niego, a teraz poświęcam się dla ciebie. Aha, jak już go spotkasz, możesz go ode mnie wycałować.
 Nie lecisz ze mną?
 Nie. Wciąż mam wiele niezałatwionych spraw. Ale wrócę do was, obiecuję.
 Apollinie?
— Tak?
 Nie będę go całował!
 Zawsze możesz dać mu w pysk. To prawie to samo.
Wybiegli na dziedziniec. Jules z przerażeniem wpatrywał się w chmarę Upadłych pędzących w ich kierunku. Nim jednak zdążył przyjąć pozycję gotową do walki, Apollo zacisnął nieco mocniej pięść na jego ramieniu i pstryknął palcami drugiej ręki. Ziemia pod jego stopami zadrżała, a on sam poczuł się tak, jakby szybował, tyle że z o wiele bardziej zawrotną prędkością, niż gdyby był smokiem lub jakimś ptakiem. Jego żołądek obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, jednak postanowił nie zwrócić resztek obiadu, czy raczej dość marnego śniadania. Świadomość, że wracał, naprawdę wracał, dodawała mu sił. Już wkrótce ją zobaczy. Wkrótce zobaczy Marion i będzie tak, jak być powinno. Ciekawe tylko, czy poważnie potraktowała słowa o tym, że ją kocha.

__________

Walić 3/4 rozdziału, lepiej podniecać się nad tym, że pojawił się Apollo!
Żartuję.
Liwia to podła, mała, egoistyczna... No dobra, nie powiem tego. Fakt, robiła wszystko, by pozbyć się jak największej ilości Upadłych dla dobra swojego ludu, ale to, co się stało z Oskarem... No nie, tego nie można jej wybaczyć. Choć przyznam szczerze, że dziewczyna jest ujmująca.
A Gabriel wciąż jest skończonym dupkiem. Ale ok, wybaczam mu to. W końcu nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Tortury Mustafy zrobiły z niego posłusznego pieska, który obrywa za każdym razem, gdy pokaże choć cień nieposłuszeństwa. Czy da się to w ogóle odkręcić? Prawdopodobnie być może.
Wracając do Apolla - kocham, kocham i jeszcze raz kocham. Jak to jest, że pojawił się raptem na jedną stronę, a skradł cały rozdział? Chyba napiszę kiedyś coś z jego perspektywy. To byłoby tak idealne!
Jules wraca do domu i niesie ze sobą masę wieści. To się raczej źle skończy. Ale wyznam Wam, że najbliższy rozdział skradnie Marion. Bezapelacyjnie. Zwłaszcza tym, co postanowi.

piątek, 8 grudnia 2017

Rozdział 45 "Zespolone więzi"

Zamykając drzwi przed nosem pani Malczewskiej, Farida czuła się tak, jakby własnoręcznie zabiła jej syna. Nie potrafiła patrzeć na jej cierpienie, nie była w stanie dalej podtrzymywać czarów, które na nią i na jej rodzinę rzucili kapłani z Amritsaru. Ile jeszcze kłamstw miała jej sprzedać? Ile jeszcze razy miała odsyłać ją z pustymi rękoma, wmawiając, że nie zna Oskara i że nie ma pojęcia, co się z nim stało?
Wszystko zaczęło ją przerastać. Wojna z Upadłymi, ucieczka jej córki, załamanie jej męża, przeklęta ciąża, o której jedynie Julian nie miał pojęcia. Nie mógł się dowiedzieć, to by go zniszczyło, jeszcze bardziej, niż ją. Może i Magda miała rację, może nie było tak źle, jak sądziła i jej syn nie stanie się taki, jak Mustafa. Może wszystko potoczy się dobrze. Ale jaką mogła mieć ku temu gwarancję?
Weszła po schodach i zajrzała do sypialni. Julian siedział w fotelu, wpatrując się beznamiętnie w okno, jakby nie czekało go już nic, prócz śmierci. Nie mogła go o to winić. Nie po tym, co przeszedł. Gdyby nie odsiecz ich córki, nie przeżyłby. Mustafa sprawił, że zniknął wielki, wspaniały, majestatyczny Julian Szulc, zostawiając po sobie jedynie truchło człowieka. Mimo to nie była w stanie dalej patrzeć na to, jak zamyka się w sobie, jak odsuwa się od niej i ich przyjaciół.
Koniec z tym. Koniec z zatracaniem się w przeszłości. Jeśli mają wszystko naprawić, muszą zacząć od siebie.
Przyklęknęła naprzeciwko niego i zmrużyła oczy, by nie uronić ani jednej łzy. Gdzieś zniknął ten wesoły, energiczny, pełen życia mężczyzna, który był całym jej światem. Jego włosy straciły dawny blask, policzki się zapadły, cera zbladła, oczy pociemniały, blizny się pogłębiły. Muskulatura, nad którą od dawna pracował, niemalże przepadła, odsłaniając jedynie chude ciało i wystające kości. Kiedyś bez wahania stawała z nim do walki i przez wiele godzin ćwiczyła na nim uderzenia mieczem. Teraz bałaby się go nawet dotknąć, by go nie skrzywdzić.
 Skarbie?  szepnęła, próbując się uśmiechnąć.  Co ty na to, byśmy wyszli na spacer? Przejdźmy się nad urwisko za willą albo lećmy do Lyonu. Upadłych już tam nie ma. Jestem pewna, że Vittoria i Feliks ucieszą się na twój widok. Od miesiąca z nimi nie rozmawiałeś. Kochanie…
Nawet na nią nie spojrzał, nie mrugnął, nie prychnął. Nic, zero reakcji. Powoli zaczynało ją to wykańczać. Nie panując nad sobą, wypaliła:
 Jestem w ciąży.
Nie chciała mu tego mówić, nie powinna tego robić. Widząc jednak, że jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, poczuła, że decyzje podjęte pod wpływem chwili są najlepsze. Może dzięki temu do czegoś w końcu go zmusi.
Jego dłoń przesunęła się po obiciu fotela i musnęła jej podbródek, a szept, jaki wydobył się z jego gardła był tak ochrypły, jakby nie odzywał się o wiele dłużej, niż miesiąc:
 Jesteś pewna?
 Pewna  odparła, prostując się i obejmując dłońmi jego wychudzoną twarz.  Przetrwamy to, nie dopuścimy, by nasz syn stał się potworem, tylko musisz mi…
 To syn?
Jego oczy zaszły mgłą. Skierował je w jej stronę, a Farida poczuła, jak przechodzą ją dreszcze. Ostatni raz patrzył na nią w ten sposób, gdy konała w jego ramionach.
 Czy będę miał syna?  powtórzył z nieco większym naciskiem.
Skinęła głową, starając się nie wybuchnąć płaczem.
 Jakoś sobie z tym poradzimy, obiecuję  zapewniła.  Nie wiem jak, ale damy radę. To nie skończy się tak, jak z Mustafą, na pewno nie.
Julian jednak już jej nie słuchał. Wkładając w to cały swój wysiłek, przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił. Był to uścisk tam mocny, że Farida niemal zapomniała o jego torturach, o jego osłabieniu, o jego cierpieniu. Nie przytulał jej tak od dnia, w którym ich porwano i zamknięto w pałacu w Wuhan. Zachowywał się tak, jakby informacja o przeklętym dziecku wcale go nie przeraziła, wręcz przeciwnie – jakby dała mu chęci do życia.
 Zawsze chciałem mieć syna  wyszeptał, wciskając twarz w jej włosy.  Ale mam do ciebie prośbę. Nie dawajmy mu na imię Julian. To przekleństwo, sama o tym wiesz.
Odsunęła go od siebie na długość ramion, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Jak to możliwe, by tak szybko wrócił do siebie?
Pokręcił głową, jakby słyszał jej myśli.
 Nie, Farido, nic nie jest w porządku  mruknął, opadając z powrotem na oparcie fotela i łapiąc się za żebra.  Czuję się tak, jakbym był jedną nogą w grobie. Przegraliśmy, Upadli nas zniszczyli, a Aria odeszła. Ale teraz… To jedyna rzecz, jaka będzie w stanie trzymać mnie przy życiu. Nie poddam się, dla ciebie, dla naszego syna, dla Arii. Wszystko naprawię, obiecuję.
 Nie musisz niczego naprawiać, najdroższy  powiedziała, głaszcząc go po policzku.  Razem przez to przebrniemy, razem wszystko poukładamy. Teraz będzie inaczej. Pomścimy Julesa. Pomścimy Oskara. Pomścimy wszystkich tych, którzy oddali za nas życie. Razem, jak rodzina.
Ujął jej dłoń i delikatnie ją pocałował. W tej samej chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Wymienili między sobą zaniepokojone spojrzenia, po czym Farida ruszyła w stronę wyjścia. Może to pani Malczewska wróciła? Może czary przestały działać i przyszła, by ich zniszczyć? By obarczyć ich wyrzutami sumienia? Jak bardzo się pomyliła. Gdy uchyliła drzwi, jej oczom ukazali się ludzie, których kompletnie się nie spodziewała. Najbliżej stał Nikodem, choć słowo „stał” było tu pojęciem dość względnym. Ledwie słaniał się na nogach, a raczej na nodze, bowiem ta sztuczna została wymieniona na kule. Najwyraźniej miał więcej siły w partiach górnych, niż dolnych. W ogóle mu się nie dziwiła. Podtrzymywała go kobieta, Eryka, której cera zbladła tak bardzo, że niemalże można było dostrzec prześwitujące kości. Za nimi stało kolejne małżeństwo, tyle że nie pochodzące z ich czasów. Vittoria o swoich długich, brązowych włosach, której ręce drżały tak mocno, jakby ktoś zamknął ją w wielkiej byle lodu, oraz Feliks ze swoją zniszczoną twarzą i wyłamanym barkiem, który miał problemy z prawidłowym zrośnięciem się. Wszyscy wpatrywali się w nią z taką powagą, że niemalże zapomniała, jacy przed kilkunastoma dniami byli szczęśliwi i pełni życia.
 Co wy tu robicie?  zapytała.  Coś z Arią, czy…
 O Arii nic nie wiemy  rzekła Vittoria, podchodząc do niej i mocno ją obejmując.  Mamy za to inne wieści. Chodzi o Marion.
 Zgodziła się na zaprzysiężenie i chce, byście przy tym byli  wtrącił Feliks.
 Marion zgodziła się na bycie przyszłą królową?  Farida zmarszczyła brwi.  To do niej takie niepodobne.
 Śmierć Julesa wiele zmieniła  powiedziała Eryka, spuszczając wzrok.  Podobnie jak zmieniła wiele w życiu twojej córki. Nie możemy cofnąć przeszłości, ale możemy sprawić, że przyszłość będzie dla nas łagodniejsza. Marion sama od tego zaczęła, idźmy więc jej śladami.
 Co z Julkiem?  spytał Niko, a przez jego twarz przebiegł ledwie dostrzegalny cień.
 Żyję, jeśli o to pytasz.
Farida odwróciła się i jęknęła. Julian opierał się o barierkę schodów i patrzył na swoich gości z kpiącym uśmiechem. Powoli, starając się nie nadwyrężyć połamanych żeber i nie uszkodzić jeszcze bardziej nogi, ruszył w ich stronę. Gdy stanął obok żony, nawet się o nią nie oparł, tylko wyprostował dumnie, choć widać było, że wiele go to kosztuje. Zawsze samodzielny, zawsze uparty. Cały Julian.
 Wyglądasz okropnie  skwitował Feliks, po czym podszedł do niego i mocno go objął, uważając przy tym, by zbytnio nie pogorszyć jego stanu.
 A ty jak zawsze ślicznie  odparł, klepiąc go po ramieniu.
 Och, jesteście niepoważni  wyszeptała Vittoria, przytykając dłoń do ust i ledwie powstrzymując się od płaczu. Farida wiedziała, co czuła jej przyjaciółka. Po raz pierwszy od miesiąca stali wszyscy razem, co prawda zmęczeni i pozbawieni nadziei, ale jednak razem. Jak za dawnych lat.
 Tak, mi też was brakowało  przyznał Nikodem.  A zwłaszcza waszego głupiego poczucia humoru.
 Jeśli mamy znaleźć Upadłych, musimy stanąć na nogi  rzekł Julian, patrząc na wszystkich z pewnym błyskiem w oczach.  Nie pozwolę, by tym razem sprawy zaszły tak daleko. To nie nasze dzieci powinny walczyć, a my. Koniec z tym, koniec z biernością, koniec z użalaniem się nad sobą. Czas naprawić ten świat.
Zerknął na Faridę i złapał ją za rękę, drugą dłonią mimowolnie dotykając jej brzucha. Poczuła, jak przechodzą ją dreszcze.
 Nie będzie tak, jak z Mustafą  wyszeptał, a po jego twarzy spłynęła samotna łza.  Nie dopuszczę do tego.
 Wiem  rzekła, głaszcząc go po policzku.
Julian cmoknął ją w czoło, po czym odwrócił się w stronę swoich przyjaciół, którzy patrzyli na niego tak, jak dawniej. Jak na przywódcę, nie jak na ofiarę.
 A więc Lyon, kochani  zawołał, unosząc pięść ku górze; nieco się przy tym skrzywił, ale robił dobrą minę do złej gry.  Czas zabrać się za małe porządki.

***

Marion dziwnie było patrzeć na dawną ekipę jej rodziców w niemalże pełnym składzie, a także na swoich przyjaciół, którzy wyglądali jak wraki. Farida i Julian siedzieli obok siebie i trzymali się za ręce. Podczas gdy kobieta miała się całkiem dobrze, Julian był niemalże jedną nogą w grobie, choć starał się stwarzać pozory. Jego prawa dłoń dygotała tak mocno, że Farida musiała co chwila za nią łapać i mocno ją ściskać, by się uspokoiła. Nieco mniejszy obraz nędzy i rozpaczy przedstawiali Eryka z Nikodemem, czego niestety nie można było powiedzieć o Aleksie. Całą trójką siedzieli po drugiej stronie stołu i wpatrywali się przed siebie z obojętnością. Nikodem, którego stan poprawiał się z dnia na dzień, próbował rzucać jakimiś żartami, lecz niestety śmiała się z nich tylko Eryka. Al po prostu siedział między nimi, podpierając łokcie na blacie i zerkając na Zytę, która siedziała naprzeciwko niego i skrobała paznokciami po blacie, co chwila poprawiając swoją granatową suknię, którą dostała od służby pałacowej. Marion nie miała pojęcia, co było między tą dwójką, ale zdawała sobie sprawę, że po śmierci Oskara oraz odejściu Arii i Apolla chłopak prędko nie wróci do siebie ani do dalszego romansowania. Kto by przypuszczał, że życie biseksualisty może być takie męczące.
Do komnaty weszli jej rodzice. Najwyraźniej dopiero co odwiedzili Rachel, bowiem ich miny zwiastowały sromotną porażkę. Odkąd jej syn zginął, kobieta mieszkała na zamku w Lyonie, przesiadując dniami i nocami w swojej komnacie i nie rozmawiając z nikim. Marion wcale jej się nie dziwiła. Rachel została na tym świecie zupełnie sama, pozbawiona miłości bliskich i bezpiecznej przyszłości.
Na wspomnienie o Julesie poczuła, jak robi jej się niedobrze. Nie potrafiła się od tego uwolnić, nie umiała walczyć ze swoimi słabościami. Zniszczył ją, obnażył, a teraz miał czelność nie żyć.
 Mar?
Zerknęła w bok i napotkała bursztynowe oczy Zyty. Jak na kogoś, kto był torturowany, trzymała się całkiem nieźle, choć Aleks wyjawił jej, że dziewczyna topi żal w alkoholu i powoli przestaje to kontrolować. A może to wcale nie chodziło o traumę związaną z cierpieniem? Może Zyta piła, bo obwiniała się, że nie udało jej się przeciągnąć Gabriela na ich stronę. W końcu niemalże jej się to udało, ale pech chciał, że wszystkie plany szlag trafił.
Była jeszcze jedna możliwość. Zyta po prostu się w nim zakochała. Durny syndrom sztokholmski.
 O co chodzi?  spytała, a jej głos zabrzmiał tak, jakby jej gardło zaatakowała setka wirusów.
 Wiem, że jest ci ciężko po stracie Julesa  mruknęła, kładąc swoją dłoń na jej i uśmiechając się niepewnie.  Ale przebrniemy przez to, obiecuję.
 Obiecujesz mi to po miesiącu ignorowania mnie? Po miesiącu poszukiwania pocieszenia w butelkach pełnych wódki?
Uśmiech Zyty zbladł, jednak nie wytrąciło jej to z równowagi. Przeciwnie. Teraz wyglądała na jeszcze bardziej zdeterminowaną.
 Myślisz, że mi było łatwo? Że nie cierpiałam? Ten miesiąc był dla mnie gorszy, niż kilkudniowy pobyt na zamku w Wuhan. Ale teraz tu jestem. Jest tu też Aleks. Wyjdziemy z tego, zobaczysz. Nigdy nie będzie tak, jak dawniej, ale jeśli nic nie zrobimy, to zwariujemy.
Ponownie posłała jej jeden ze swoich cudownych uśmiechów, a Marion poczuła, jak pewien ciężar z jej serca opada. Poczuła się dziwnie wolna.
 Co więc proponujesz? Upadli zniknęli, a moi rodzice już rozpoczęli polowanie. Zaraz przybędzie tu Magda z Nestorem, którzy pojmali ich już setkę. Co my możemy zrobić?
 Czy nie udowodniliśmy, jak wiele już zrobiliśmy? Gdyby nie my, nie byłoby tu twoich rodziców, rodziców Ala, rodziców Arii. Ach, właśnie, Aria. O nią mi głównie chodzi. Uważam, że powinniśmy ją znaleźć i sprowadzić do domu. Jej samozwańcze misje przestają być normalne. Wiesz, kim się stała.
Wiedziała. Wszyscy wiedzieli. Venatrix. Łowczyni. Najwybitniejsza Wygnana, której moc przewyższała wszystkie inne zdolności. Niezwyciężona, ale niezwykle smutna i pogrążona w żałobie, co powoli spychało ją w otchłań bez wyjścia. Otchłań pełną cienia i smutku.
Miała właśnie zapytać Zytę, czy ma jakieś pomysły, gdy drzwi komnaty ponownie się otwarły, a do środka weszła Magda z Nestorem. To zabawne, że ci, którzy nigdy nie zaznali szczęścia w swoim życiu, którzy upadali tak często, jak to tylko było możliwe, teraz, w czasie wojny i rozpaczy, byli najszczęśliwszymi ludźmi spośród Wygnanych. Patrzenie na Magdę układającą sobie życie z mężczyzną, który kochał ją do szaleństwa, było widokiem tak cudownym, że niemal zapominało się o całym tym cierpieniu i o ogromnej niesprawiedliwości, jaka dotknęła ich wszystkich.
Magda, która o dziwo ubrała się stosownie do sytuacji – w czarną suknię bez ramion – podeszła do Juliana i Faridy, którzy wstali pospiesznie, by mocno ją objąć. Marion dobrze znała historię tej trójki i wciąż nie potrafiła pojąć, jak byli w stanie, mimo tylu przeszkód i niechęci, tak bardzo się kochać. Może ona po prostu nigdy nie pojęła prawdziwego znaczenia miłości. Może gdyby nie śmierć Julesa, miałaby ku temu jakąś szansę.
Nie, nie myśl o nim. Nie pozwól, by znów cię zniszczył.
 Widzieliśmy ją  powiedziała Magda, odsuwając ją tym samym od głupich myśli. – Widzieliśmy waszą córkę.
 Nic jej nie jest?  zapytała pospiesznie Farida.  Czy ona…
 Nadal jest panią własnego losu i królową zemsty  rzekł Nestor, podchodząc do Vittorii i całując ją w policzek.  I chyba nie zamierza się tu zjawić.
 Sądziłem, że się opamięta  mruknął Julian.  Jest bardziej mściwa ode mnie i o wiele bardziej uparta.
 Gdybym zginęła wtedy, w Mieście Upadłych, czy nie zniszczyłbyś całego świata?  zapytała Farida, patrząc mu prosto w oczy.
 Trafne spostrzeżenie, słońce. Jednak sądziłem… miałem nadzieję…
 Śmierć Oskara i Julesa ją zniszczyła  wtrąciła Zyta.  Jak nas wszystkich. Jednak to ona cierpi najbardziej. Bardziej, niż ktokolwiek z nas.
Jej spojrzenie przez chwilę spoczęło na Aleksie, który przez cały ten czas bacznie ją obserwował. Gdy ich oczy się spotkały, oboje odwrócili głowy, starając się ponownie nie złapać ze sobą żadnego kontaktu.
 Nie mamy co do tego pewności  powiedział Nikodem.  Co do ich śmierci. Bo czy znaleziono ich ciała? Nie.
 Oni. Nie. Żyją.  wycedziła Marion, akcentując dokładnie każde słowo.  Nic tego nie zmieni, nawet wasze durne teorie.
 Skarbie, proszę  jęknął Feliks, siadając obok niej.  Nie powinnaś się denerwować. Teraz musisz zająć się sobą i królestwem, które niedługo będzie należeć do ciebie.
 Jesteś pewna swojej decyzji?  spytała Vittoria, kładąc dłonie na ramionach córki.
Wszyscy na nią patrzyli. Jakby była obiektem muzealnym, który warto podziwiać. Nienawidziła być w centrum uwagi, jedynie Jules był w stanie zmusić ją do tego, by wyszła do ludzi. A teraz, gdy jego już nie było, nie miała nic do stracenia. Nie, nie była pewna swojej decyzji, ale co z tego, skoro ma zostać sama już do końca życia. Bez niego była nikim, mogła więc poświęcić wszystko, co miała. Nawet wolność.
 Jestem  odparła hardo.  Niech zaprzysiężenie się zacznie. Potem zwołamy Radę i rozpoczniemy ostateczną wojnę z Upadłymi. Mustafa zapłaci za to, co nam zrobił.
 Więc nie tylko ja zapomniałam, jak to jest być tą prawdziwą sobą.
Wszyscy gwałtownie się odwrócili. Na środku komnaty stała Aria. Wyglądała jak anioł, jak królowa, jak pani wszechświata. Krótkie włosy były umyte, lekko podkręcone i przystrojone delikatnym złotym wieńcem. Miała na sobie czarną suknię sięgającą ziemi. Dekolt w kształcie łódki odsłaniał jej ramiona pokryte licznymi tatuażami i znamionami. Mar nigdy nie widziała, by na jej twarzy malowała się aż taka powaga, która tylko dodawała jej dostojności. Spojrzała swoimi ciemnymi, czekoladowymi oczami w stronę rodziców i Magdy, którzy wyglądali tak, jakby ich żywcem z krzyża zdjęto.
 Liczyłam na to, że się przywitacie  wyszeptała, wyciągając do nich ręce.
Pierwsza dobiegła do niej Farida. Stojąc obok siebie wyglądały niemal jak bliźniaczki. Te same włosy, oczy, postawa, nawet suknie miały podobne. Objęły się tak mocno, jakby nie widziały się od lat, jakby bały się, że ta druga za chwilę znów zniknie i już więcej nie będzie dane im się spotkać. Następnie pokuśtykał do niej Julian, przyciągając do siebie dwie najważniejsze kobiety jego życia. Chwilę później stała obok nich też Magda, bluźniąc i złorzecząc, jak już miała w zwyczaju. Stała tam cała czwórka. Mała rodzina, której ostatnio nie powodziło się zbyt dobrze. Rodzina na nowo zjednoczona.
 Nie opuszczaj nas tak więcej  wyszeptała Farida.
Aria gwałtownie się od nich odsunęła i ponownie przywołała na twarzy bezwzględną powagę. Marion mogła przysiąc, że przez jej twarz przemknął cień.
 Nie przyszłam tu na długo  odparła spokojnie.  Jestem tu ze względu na Mar. Później wracam do polowania.
 To tak, jak my  powiedział Julian, zaciskając dłoń na jej ramieniu.  Koniec z ukrywaniem się i z biadoleniem. Czas wrócić do gry. Zemścimy się za ich śmierć, obiecuję.
 Wróć do nas  poprosiła Magda, patrząc na swoją chrześnicę z nadzieją.
 Wrócę, jeśli mi ich oddacie  oznajmiła Aria, mijając ich z obojętnością. Podeszła do Marion i wzięła ją za rękę.  Chodź ze mną  szepnęła.  Ty jedyna mnie zrozumiesz.
 A my to co?  warknął Aleks. Widać było, że wizyta Arii mocno na niego wpłynęła.  Co ze mną? Co z Zytą? Czy my nie jesteśmy dla ciebie ważni?
 Jesteście dla mnie ważni, wszyscy  wyznała.  Jednak nie potrzebuję waszych głupich rad ani próśb. Jedynie Marion będzie ze mną rozmawiać tak jak tego chcę.
 A byliśmy jednością  mruknęła Zyta, nawet nie patrząc na przyjaciółkę.  Jednością, której nikt nie miał prawa rozdzielić.
 Przykro mi, kochana.  Aria pociągnęła za sobą Marion, starając się nie patrzeć na rodziców, którzy wyglądali tak, jakby dźgnęła ich nożem w plecy.  Jedność została zerwana. Nie ma jedności, gdyż nie ma wszystkich jej części.

***

 Źle robisz, odtrącając ich od siebie.
 Myślałam, że nie będziesz mnie pouczać.
 Ale ja to nie ty! Ty zawsze byłaś pogodna, ciepła i kochająca, a teraz zachowujesz się jak potwór. Jak ja.
 Wymierzam tylko sprawiedliwość. Rodzice to zrozumieją. Magda i pozostali też. Jeśli mi ich zwrócisz, wrócę.
Marion odwróciła wzrok. Sama wiele by dała, by móc ich tu sprowadzić, by móc ich znów zobaczyć. A przede wszystkim jego. Juliana.
 Nie chcę patrzeć, jak się staczasz  powiedziała, biorąc do ręki jej dłoń.  Nie ty, nie Ariadna Szulc, najodważniejsza i najpotężniejsza Wygnana naszych czasów.
 Nie wmówisz mi, że z mojej przemiany nie ma pożytku  fuknęła.  Dzięki mojemu upadkowi będę miała szansę mieć normalnego brata, którego nie opętają demony, który nie skończy jak Mustafa.
 To nie tyczy się tylko pochodzenia, wiesz o tym. Mustafa był przesiąknięty złem, bo wychowywał go Ibrahim, bo wmawiano mu, że musi zniszczyć nasze światy, bo był zaślepiony miłością do ojca, bo szukał zemsty. Ty też jej szukasz. Rób tak dalej, a niedługo to na ciebie rozpoczną polowanie.
 Może tego właśnie chcę. Może nic mnie już nie obchodzi. Straciłam ich wszystkich, Mar. Jules i Oskar nie żyją, a Aleks, który mnie kocha, wie, że ja nigdy nie pokocham jego. Ponadto Zyta, która patrzy na mnie jak na mordercę, jak na prawdziwego potwora… Przez jej głupotę Gabriel przeżył, ale przez moją głupotę straciłam przyjaciółkę. Nikt mi już nie został. Nikt.
 Nie pocieszę cię, bo to nie ma sensu. Ale wiedz, że nie jesteś sama w tym wszystkim. Wciąż masz mnie. Tę, która wie, co czujesz.
Aria pociągnęła nosem. Gdzieś zniknęła ta wojowniczka, którą była kilka minut temu. Teraz obok niej siedziała smutna, zagubiona dziewczyna, której zawalił się cały świat, która w ciągu kilka chwil wszystko zyskała, ale też wszystko straciła. Nigdy nie sądziła, że obie znajdą się w podobnych sytuacjach. Że obie będą cierpieć z powodu tej durnej miłości.
 Kochałaś go, prawda?  Aria posłała jej długie, czuje spojrzenie.  Nie okazywałaś tego, ale był całym twoim światem.
 Nadal nim jest. Nie umiem sobie z tym poradzić, Aria. Nigdy nie wybaczę sobie, że byłam dla niego taka okrutna, że nie powiedziałam mu, jak bardzo mi na nim zależy. Umarł ze świadomością, że go nienawidzę.
 To nieprawda. Znam go i wiem, że to czuł. Że czuł, jak mocno go kochasz. Tak było ze mną i Oskarem. Kochałam go, nadal kocham, choć na początku była tylko szczeniacka wymiana interesów. Ale wpadłam. Wpadłam po uszy jak głupia. I teraz przez to przywiązanie nie umiem normalnie funkcjonować.
 Nie karz za to swoich bliskich  szepnęła, obejmując ją ramieniem.  Zależy im na tobie. Chcą cię ratować. Pokaż im, że warto. Że gdzieś jest ta dawna Aria, którą wszyscy uwielbiali.
 Nie mogę  wychrypiała.  Nie potrafię. Ja…
 Przyrzeknij mi  warknęła.  Masz przyrzec, że wrócisz do nich i że szczerze z nimi porozmawiasz. Nie odtrącaj ich. Ne odtrącaj swojej rodziny. Pokaż Zycie, że się myliłaś. Pokaż Aleksowi, że mimo wszystko nadal może być między wami tak, jak dawniej. Pokaż swoim rodzicom, że jesteś w stanie stanąć przed nimi i za wszystko ich przeprosić. Pokaż pozostałym, że prawdziwa Aria to nie morderczyni szukająca zemsty, a wspaniała kobieta o szlachetnym sercu.
 Od kiedy to stałaś się taką pokrzepicielką? — zapytała, ocierając pojedynczą łzę.
 Od chwili, gdy zrozumiałam, ile jestem w stanie zrobić dla mojego ludu. Idź do nich, proszę. A potem zakończmy to szaleństwo, razem, jak za dawnych czasów.
Aria zbadała ją czujnym wzrokiem, jakby próbowała doszukać się podstępu. Marion niemal zapomniała jak to jest, gdy czyjeś spojrzenie przeszywa cię niemal na wylot. Wcześniej czuła to tylko w chwili, gdy patrzył na nią Jules. Zawsze strasznie na to narzekała. Teraz wiele by oddała, by znów był przy niej i zerkał na nią tymi swoimi wesołymi, brązowymi oczami.
 Jeśli pogodzę się z przeszłością, zrobisz to samo?  spytała, dotykając palcem jednego ze swoich tatuaży, który wyglądem przypominał smoka. Kolejne bolesne wspomnienia.
Marion skinęła głową.
 Tak, zrobię to. Pamiętaj, nie rań ich więcej. Kochają cię, tak jak nikt inny.
Aria nieco się rozpromieniła i wstała, kierując się w stronę drzwi, za którymi czekali wszyscy ci, którzy tak bardzo za nią tęsknili. Gdy uchyliła je lekko, odwróciła się i spojrzała pytająco na Marion. Dziewczyna mogła przysiąc, że gdzieś w oddali dobiegło ją rżenie konia i tętent kopyt. Najwyraźniej goście już przybyli. A więc przybyła też jej zguba.
 Nie idziesz?  spytała Aria.
 Za chwilę do ciebie dołączę. Muszę… muszę pomyśleć.
Aria wiedziała, że nie powinna naciskać, dlatego bezsprzecznie wyszła. Czy uda jej się pojednać z rodziną? Czy uda jej się przeprosić przyjaciół za to wszystko, czego się dopuściła? I, najważniejsze, czy oni jej wybaczą? Z Zytą mogło być ciężko, z Aleksem też. Ale była dobrej myśli. Może teraz, gdy choć Aria wyjdzie naprzeciw swojemu przeznaczeniu, wszystko powoli zacznie się układać.
Ale nie u niej. Ona już na zawsze pozostanie odmieńcem. Zerwanym i przetopionym ogniwem.
Poprawiła poły sukni, zastanawiając się, dlaczego ją na siebie włożyła. Przeklęta czerwień. Nie powinna jej nosić. Dlaczego niszczyła samą siebie, przywdziewając szaty w kolorze, który tak bardzo lubił Jules? Dlaczego powoli sama zaciskała sobie pętlę na szyi?
Jej rozmyślania przerwał czyjś głośny pisk, potem okrzyk niedowierzania i głośny płacz. Poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Nie, dosyć cierpienia. Nikt nie będzie płakał w jej królestwie. Nikt poza nią. Nigdy więcej. Poderwała się z fotela, wyciągnęła długi miecz i pobiegła w stronę drzwi, otwierając je na oścież. Nie była pewna, czy jej oczy aby na pewno zarejestrowały wszystko tak, jak powinny. Na środku pokoju stała Rachel, a wraz z nią Aria i jej ojciec. Obejmowali się tak mocno, jakby bali się, że za chwilę któreś z nich zniknie i nigdy nie wróci. Pozostali otaczali ich, wpatrując się w siebie z niedowierzaniem, wymieniając jakieś uwagi, śmiejąc się przez łzy, wyrywając sobie włosy z głowy…. Zaraz. Śmiejąc się?
Podeszła nieco bliżej i zdała sobie sprawę, że Aria, Julian i Rachel wcale nie stali sami. Obejmowali nie siebie, a kogoś stojącego między nimi. Wysokiego chłopaka o burzy brązowych włosów, które jakby straciły swój dawny, niesamowity blask. Gdy się od siebie oderwali, płacząc i chichocząc jednocześnie, nieznajomy odwrócił się w stronę Marion, a ta upuściła miecz, którego echo potoczyło się po całej komnacie. Poczuła się tak, jakby serce, które dopiero co sobie wyrwała, wróciło na swoje miejsce. Chłopak wyglądał tak, jakby zdjęto go z krzyża, ale to był on, na pewno. Te cudowne oczy, ten nieśmiały uśmiech, ta postawa wojownika, który jest w stanie poświęcić wszystko dla swoich bliskich.
Jules.
Kompletnie przestała nad sobą panować. Nie obchodziło ją jakim cudem, dlaczego, czemu dopiero teraz. Gorące łzy spłynęły jej po policzkach, gdy wyciągnął do niej ręce i uśmiechnął się nieco szerzej. Od razu rozpoznała ten uśmiech. Był to ten zarezerwowany tylko dla niej. Wybuchnęła płaczem i pobiegła w jego stronę, rzucając mu się na szyję i całując jego policzki, nos, czoło, grdykę. Tak, to na pewno był on, nawet pachniał jak on.
 Ty podły, wstrętny, okrutny…  zaczęła, przesuwając palcami po jego posiniaczonej twarzy, która mimo tych wszystkich ran nadal była cudowna. Jules ryknął śmiechem i przerwał jej wyliczankę, przyciskając usta do jej warg. To zabawne, że był to ich pierwszy pocałunek, skoro już dawno wyznał, co do niej czuje. Gdy się od niej oderwał, poczuła, jak wszystko wraca na swoje miejsce. Że w końcu może prawdziwie się uśmiechnąć.
 Nawet nie wiesz, jak tęskniłem za twoim złorzeczeniem  szepnął, wciskając twarz w jej włosy.
 Nigdy więcej nie waż się mnie zostawiać  warknęła, zaciskając pięści na jego brudnej, poszarpanej koszuli. – Kocham cię, idioto, rozumiesz?
 Jak najbardziej, słonko  odparł. Niemal mogła wyczuć jego uśmieszek samozadowolenia.  Już nigdy więcej.

__________

Jeśli ktoś myślał, że naprawdę zabiłam Julesa, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Gdyby tak jeszcze Oskar wrócił.
Na scenie z Julkiem, Faridą i resztą naszych cudownych ziomków prawie się popłakałam. Prawie. Ale było blisko. Nie, dosyć ich cierpienia. Za dużo już przeszli. Może warto w końcu przesunąć szalę zwycięstwa na ich stronę. A taka szansa na pewno się pojawi, głównie dlatego, że Jules przez ostatni miesiąc wcale nie zgonował. Co więc robił? Dowiecie się już za tydzień.
Ogólnie ten rozdział pod koniec to taki balsam dla duszy. Nie w pełni, ale jednak. Aria wróciła, a Marion i Jules znów są razem. Jest tylko jeden problem. Zaprzysiężenie. Czy teraz, gdy chłopak wrócił, Mar będzie chciała zasiąść na tronie? Czy w ogóle ma szansę na odwrót, skoro słowo już się rzekło? Sytuacja na pewno nie będzie łatwa, ale hej ho!, to w końcu ja. Nawet jeśli coś nie jest łatwe, rozwiążę to.
A teraz idę świętować.
PS. Uznajmy, że wszytko skończy się OK, Farida urodzi zdrowego chłopca i nikt więcej nie zginie. Już widzę, jak Julek próbuje go wychować po swojemu. To dziecko to będzie chodząca maszyna destrukcji i głupich żartów.

Szablon by Aveline Gross