piątek, 13 kwietnia 2018

Epilog

4 lata później

Ktoś z całej siły walnął go w ramię, mrucząc coś o nieodpowiedzialnych pracownikach i leniwych dzieciakach. Przeklinając bogów, przeciągnął się na krześle i z trudem dźwignął się na nogi. Zasypianie na czymś tak twardym powinno być niewykonalne. A jednak, jemu się to udało. Być może było to spowodowane faktem, że ostatnio spał tylko wtedy, gdy mu pozwalano. Czyli dosyć rzadko. Zapewne teraz byłby w stanie przysnąć nawet i na stojąco. Nigdy nie oszczędzano żołnierzy, a już na pewno nie jego. Jakby tutaj zupełnie nikogo nie obchodziło, że nie raz był bliski śmierci i wyrwał się z niej wręcz brawurowo.
Nie chcąc narazić się na gniew szefostwa, ruszył w kierunku bunkra numer cztery, gdzie powinien stawić się już piętnaście minut temu z papierami. Przyspieszył więc kroku, zastanawiając się, dlaczego to właśnie jego wytypowano do tak beznadziejnego zadania. Jeden z Wygnanych jakieś dwie godziny temu oznajmił, że punkt czternasta ma stawić się w wyznaczonym miejscu, przynieść to co konieczne i nie zadawać pytań. Tyle. A w końcu mógł to zrobić każdy. Mogli wziąć nawet Ariadnę Szulc, Aleksego Kowalczuka czy Gabriela Malczewskiego, czyli najwyżej położonych rangą w Pierwszej Armii. Ale nie, po co, lepiej zatrudnić do tego jakiegoś dzieciaka, który nawet nie wie, o co chodziło.
Może właśnie w tym był sęk. Nikt nie mógł o tym wiedzieć, a on – zobaczywszy, co dzieje się w bunkrze czwartym, zwanym również bunkrem przeklętych – niczego by nie zrozumiał. Ariadna zaczęłaby węszyć, Aleks zadawałby setki pytań, a Gabriel rozwaliłby wszystkim łby, na koniec zostawiając tylko jedną osobę, by to od niej dowiedzieć się prawdy. A Wygnani ostatnio byli znani z tego, że lubili wszystko załatwiać po cichu.
Istniała jeszcze jedna opcja. Oni to wszystko zorganizowali. A to akurat nie byłaby żadna niespodzianka.
Po drodze skręcił do bunkra trzeciego. Nie musiał jednak wchodzić do środka, bowiem przy drzwiach stał nie kto inny, jak Marion Korsakow. Nie, nie Korsakow. Ross. Człowiek czasem zapominał, że ta mała dziewczynka była już po ślubie. Nie był pewien, czy powinien się przed nią skłonić, czy po prostu zabrać teczkę, którą ta trzymała, jego wątpliwości jednak szybko zostały rozwiane, bowiem królowa Lyonu skinęła na niego głową i warknęła:
— Nie kłaniaj się, nie padaj do stóp. Bierz teczkę i pamiętaj – żadnych pytań.
Już trzeci raz mu to dzisiaj powtarzają. Zanim zdążył ugryźć się w język, wypalił:
— Dlaczego to ja mam tam iść?
Marion uśmiechnęła się cierpko. Aż dziwne, że nie złajała go za długi język.
— Bo ja i moja rodzina jesteśmy zbyt blisko ze skazańcem. No już, zmiataj.
Skazaniec. Czyli to działo się w bunkrze czwartym. Trzymali tam wrogów. Ciekawe, kogo tym razem postanowili zamknąć i kim musiał być wcześniej, skoro miał bliskie stosunki z królową Lyonu i zapewne resztą jej szalonej ekipy.
Nie chcąc pogarszać swojej sytuacji kolejnymi domysłami, wziął teczkę i poszedł dalej. Gdy dotarł do bunkra, pchnął ciężkie, metalowe drzwi i wszedł do środka. Schodząc po schodach, zauważył, że prawie żadna pochodnia nie płonęła, nie licząc jakiś wygasających wyjątków. Czyli klimat zachowany. Zapewne więźniów torturowali, tak jak w średniowieczu.
Starając się nie potknąć w ciemnościach, ostrożnie ruszył długim korytarzem w głąb budynku. Miał nadzieję, że zaraz ktoś po niego wyjdzie. Nie chciał gubić się w miejscu, gdzie w każdej chwili mógł wpaść na jakiegoś zakapiora.
Na szczęście czyjaś głowa wychynęła z drzwi po prawej stronie. Przestał jednak się radować, gdy dostrzegł, do kogo owa głowa należała.
— Myślałem, że utknąłeś w korku — warknął Julian Szulc, o dziwo ubrany stosownie do sytuacji – w czarno-brązową szatę Wygnanych.
— Utknąłem w czym?
Machnął lekceważąco ręką.
— Nieważne. Czasem człowiek zapomina, że jest otoczony przez ludzi, którzy pochodzą z epok dzielących moją o kilka wieków. Właź.
Wszedł za nim do pokoju. Stukot laski Szulca odbijał się echem po niemalże pustym pomieszczeniu. Był tam tylko stolik, przy którym stały dwa krzesła. Jedno było puste – zapewne należące do Szulca. Drugie zaś zajmował…
— O bogowie — wyrwało mu się.
— Ani słowa więcej — fuknął Szulc. — Daj mi teczkę i zamknij za sobą drzwi.
— Ale…
— Nie ma żadnego ale!
— Cześć, chłopie! — Mężczyzna posłał mu ironiczny uśmiech. Niemalże nie poznał go przez ilość krwi, jaka zastygła na jego włosach i twarzy. Wyglądał tak, jakby bił się z całą armią. — Jak tam życie? — Gdy mu nie odpowiedział, zerknął na Juliana i zacmokał. — Chcesz, żeby był przy moim przysłuchaniu?
— Chcę mieć świadka — burknął, opierając laskę o stolik i siadając na swoim miejscu. — Z oczywistych powodów nie zaprosiłem nikogo ze swoich, ale on…
— On z przyjemnością obije mi mordę, jeśli tylko powiem coś niestosownego. — Wyszczerzył zęby, które wyglądały idiotycznie w połączeniu z krwią. — Nieźle to sobie wymyśliłeś, brawo. Ale powiedz mi, proszę, dlaczego właściwie tu jestem?
— Znasz odpowiedź.
— No właśnie nie, nie znam. Zaciągnęliście mnie tu jak zwierzę, Aleks mnie skatował, Gabriel zakuł mnie w kajdany, które uniemożliwiają mi uprawianie magii, a ja nawet nie wiem, za co to wszystko. Czy zrobiłem coś złego?
Julian uderzył pięścią w stół. Wyglądał tak, jakby sam miał zaraz zrobić mu krzywdę.
— Jeszcze się pytasz?! Jak śmiesz?!
— Julianie, czy to nie jest tak, że najpierw ja popełniam przestępstwo, a dopiero potem ty mnie oskarżasz? Żądam wyjaśnień. Chyba mam jakieś prawa, a nie wierzę, że Wygnani stoczyli się tak bardzo, by mi je odebrać.
Szulc nieco ochłonął, zaplatając palce na blacie i wpatrując się w swojego więźnia z uwagą. Sprawiał wrażenie przerośniętego jastrzębia, który za chwilę znów zaatakuje.
— Chcesz wyjaśnień? Proszę bardzo. Zostałeś tu sprowadzony, ponieważ mamy dowody na to, że jesteś zamieszany w zamordowanie Antoniny, Maksymiliana i Teofila Abramskich.

__________

Tak, to jest epilog. Nie rozdział, nawet nie prolog, w którym zwykle pojawiało się mnóstwo tajemnic. To najdziwniejsze zakończenie w moim wykonaniu, ale kocham je bardzo. I tak oto znów ujawnia się moja wredna natura. Trochę pocierpicie, zanim dowiecie się, kogo przesłuchiwał Julian i kim był chłopak, który przyniósł mu tajemniczą teczkę. Wybaczcie :")
Nie wiem jednak jak Wam, ale mi najbardziej spodobała się wzmianka o tym, że Marion wyszła za Julesa, hihi.
Tak, to jest koniec. Oczywiście nie definitywny. Wiecie już, że planuję ostatnie opowiadanie z tej serii, jednakże tutaj pojawi się pewien wyjątek, bowiem nie wrzucę go na bloga. Nie teraz albo i wcale. Najpierw go napiszę a potem dopieszczę i dopiero wtedy będziecie mogli zobaczyć efekty, bo oczywiście nie pozwolę, byście żyli w tej niewiedzy. Jeśli ktoś będzie chciał, będę podsyłać mu po kilka rozdziałów co jakiś czas, by mógł sprawdzić efekty mojej pracy i znów skisnąć nad tym, co tworzę, bo wierzcie mi, kiśnięcia będzie dużo.
To opowiadanie było najbardziej przełomowe w moim życiu, bowiem osiągnęło niewiarygodne rozmiary - 633 strony, 66 rozdziałów, 6 miniaturek (gdyby nie liczba stron, byłoby w pełni szatańsko). Jestem z niego bardzo dumna, a choć wciąż wiele rzeczy mi nie pasuje, będę je poprawiać. Dla własnej satysfakcji chociażby, jeśli nigdy nie mi się wydać tego cacka. Mam nadzieję, że Wam się podobało i że nie dobiłam Was za bardzo tą końcówką.
Dziękuję za wsparcie, jakie mi dawaliście i, jak sądzę, jakie będziecie dawać mi także przy pisaniu kolejnej części tej historii.
Kocham i ściskam ♥
PS. Epilog dodany w piątek 13-ego? Oj, to chyba nie wróży nic dobrego XD

piątek, 6 kwietnia 2018

Rozdział 66 "Sielskie życie przeklętego"

Odetchnęła głęboko, z niedowierzaniem wpatrując się w wielkie lustro wiszące w jej komnacie. W ciągu ostatnich kilku miesięcy miała na sobie o stokroć więcej sukienek, niż przez całe poprzednie życie, a ten dzień nie był wyjątkiem. Musiała jednak przyznać, że ten niezwykle miękki materiał w odcieniu lazuru był niezwykle wygodny i praktyczny. Jak stwierdził Jules, w każdej chwili z łatwością mogła oderwać dolną część i pognać do walki, nie obawiając się o to, że potknie się na równej drodze. Choć nie miała co liczyć na jakiekolwiek potyczki. Od Wielkiej Wojny panował względny spokój, Upadli trzymali się swoich granic, gryząc się z sumieniem, a buntownicy chwilowo ucichli, najwyraźniej respektując fakt, że jeden z ich dowódców przysłużył się do zakończenia odwiecznej wojny. Nie, żeby narzekała, ale nie pogardziłaby jakimś mocniejszym wyciskiem. Chyba zgodzi się wziąć udział w treningach, które Julian Szulc zamierzał zorganizować dla nowo rekrutowanych Wygnanych. Będzie mogła pokazać im się z jak najlepszej strony, a w końcu jej najlepszą stroną było spuszczanie innym łomotu.
Ktoś wszedł do środka. Bez pukania. Zmarszczyła brwi. Tylko Jules miał na to zezwolenie, a to nie był on. Poznałaby go po krokach. Te, które teraz słyszała, były delikatniejsze, ale mimo to również stanowcze, jakby jej gościem był ktoś, kto nigdy nie pozwalał sobą pomiatać. Gdy dostrzegła swojego gościa w lustrze, mimowolnie się uśmiechnęła. Jak mogła nie poznać tych kroków? W końcu to po niej je odziedziczyła.
— Cześć, mamo — powiedziała, wygładzając poły sukni. — Od kiedy to nie pukasz?
— Od kiedy stwierdziłam, że to ja jestem twoją matką, a nie ty moją — odparła. Nie wyglądała jednak na rozgniewaną, wręcz przeciwnie.
Marion odwróciła się, by móc lepiej się jej przyjrzeć. Vittoria, jak na władczynię przystało, również miała na sobie długą suknię, tyle że w kolorze fioletowym. Zrezygnowała jednak z wszelakich ozdób czy nawet korony. No tak, dzisiaj rodzina królewska miała wyjść do ludzi, stać się prostym ludem, by pokazać, że są tylko zwykłymi ludźmi i że przede wszystkim liczy się dla nich dobro mieszkańców Lyonu. Marion miała wziąć udział w tym przedsięwzięciu po raz pierwszy. Przez wszystkie ostatnie lata uciekała z zamku w dniu, w którym jej rodzice szli do miasta. Skąd zmiana zdania? No cóż, przyszła królowa nie mogła odmawiać swoim ludziom. Poza tym, była w tym też zasługa Julesa, a ponieważ on chciał w tym uczestniczyć, ona również mogła to zrobić. Co ta miłość robiła z człowiekiem.
— Pięknie wyglądasz — szepnęła Vittoria, przesuwając dłońmi po jej ramionach, jakby próbowała wygładzić jej zgięcia na rękawach. Marion wiedziała jednak, że był to pierwszy krok do próby pojednania. W końcu sama zabierała się do niego od dłuższego czasu. — Zawsze wiedziałam, że do twarzy ci będzie w sukniach.
— Powoli zaczęłam się do nich przyzwyczajać. Nie są nawet takie złe.
— No i Jules uwielbia cię w nich jeszcze bardziej. Powiedz mi, jak zareagował, gdy pierwszy raz zobaczył cię w takiej kreacji?
Uśmiechnęła się przelotnie. Doskonale pamiętała tamten dzień. Bal w pałacu Ras el-Tin. To wtedy zdała sobie sprawę, jak bardzo jej na nim zależy, podobnie jak Nestor zdał sobie sprawę, jak bardzo kocha Magdę.
— Musiałam zbierać mu szczękę z podłogi — odparła, na co Vittoria parsknęła śmiechem. Zabawne było słyszeć jej śmiech. Zwykle miała matkę za dość sztywną władczynię, która trzyma się wyłącznie zasad i która nie posiada jakichkolwiek przejawów uczuć. Chyba była zbyt ograniczona i spędzała z nią zdecydowanie zbyt mało czasu. Najwyższa pora, by to zmienić.
— Pamiętam, jak twój ojciec zmusił mnie, bym na jeden z balów organizowanych po zakończonej wojnie włożyła białą suknię. Wszyscy wtedy żartowali, że wyglądam jak panna młoda, choć byliśmy jeszcze przed ślubem. Nienawidziłam tej sukni, ale on ją uwielbiał. I wiesz co? Nosiłam ją tak często, jak tylko się dało. Dla niego.
— Obie jesteśmy szalone, nie sądzisz? Obie jesteśmy gotowe zrobić wszystko dla tych, których kochamy.
— Bo w gruncie rzeczy jesteśmy do siebie bardziej podobne, niż sądzisz. Choć wygląd odziedziczyłaś po ojcu, charakter masz po mnie i nigdy się tego nie wyprzesz.
Mogła przysiąc, że nieco zmarkotniała. No tak, jeszcze do niedawna obie unikały się tak często, jak tylko mogły. Vittoria tylko wrzeszczała, a ona tylko uciekała. Nie było dnia, by normalnie ze sobą porozmawiały. Być może sądziła, że jej się wstydzi i żałuje, że jest jej matką. Kiedyś może tak myślała. Ale teraz była inną osobą. Dawna ona umarła w dniu, w którym spotkała Wyrocznię.
— Mamuś? — Była pewna, że Vittoria drgnęła. No cóż, w końcu nigdy tak do niej nie mówiła. Miała prawo być zaskoczona. — To, co było… Chcę o tym zapomnieć. Wiedz, że choć cię nie doceniałam, bardzo cię kochałam. Uświadomiłam to sobie dopiero, gdy razem z tatą zaginęliście. Mogłoby się wydawać, że tęskniłam tylko za nim, ale to po twojej stracie byłoby mi gorzej się pozbierać. Ja… przepraszam za to, jaka byłam. Nie chcę, byś mnie nienawidziła, nie chcę, byś mnie potępiała. Zmieniłam się, naprawdę! Bardzo, bardzo cię kocham.
Vittoria przyciągnęła ją do siebie i mocno przytuliła. Marion mogła przysiąc, że poczuła ciepłe łzy matki na swojej skórze. Aż wstyd przyznać, ale jej również zachciało się płakać.
— Nigdy o nic cię nie winiłam — szepnęła, gładząc ją po włosach. — To przeze mnie się od siebie oddaliłyśmy, być może zbyt wiele od ciebie wymagałam. To ja powinnam cię przeprosić. Za to, że nie byłam matką, jaką zawsze chciałaś mieć.
— Nie chciałam mieć nikogo innego. Chciałam, żebyś po prostu mnie zrozumiała.
— Teraz rozumiem, myszko. Wybacz, że tak późno to pojęłam.
— To nic, przynajmniej coś zrozumiałam.
— Co takiego?
— Że jestem zarówno wojowniczką, jak i królową. Tak, jak ty.
Uścisnęła ją jeszcze mocniej, a Marion odwzajemniła jej uścisk. Chyba jeszcze nigdy nie były ze sobą tak blisko, nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. I pomyśleć, że kilka miesięcy temu tak bardzo pragnęła się od wszystkich odciąć, a w szczególności od matki.
Ktoś zapukał do drzwi. Oderwały się od siebie, zerkając w tamtym kierunku. Jules i Feliks w odświętnych mundurach trzymali pod ręce matkę chłopaka, Rachel, która również postawiła na eleganckie odzienie, to jest na ciemnozieloną suknię.
— Nie sądziłam, że przyjdziesz — powiedziała Vittoria, uśmiechając się promiennie do Rachel. Ta odpowiedziała jej równie szerokim uśmiechem.
— Feliks ostatecznie mnie przekonał. Poza tym chciałam popatrzeć, jak Jules wchodzi między ludzi. To będzie naprawdę dziwne, zwykle nie pchał się do tak wielkich tłumów.
— Jestem po prostu wariatem — odparł, puszczając do Marion oczko.
— Zejdźmy już na dół — rzekł Feliks, patrząc znacząco na Vittorię. — Jules, przyprowadzisz moją córkę całą i zdrową, prawda?
— Ma się rozumieć, panie Korsakow. Nie pozwolę jej uciec i nie dopuszczę, by po drodze kogoś zabiła.
Korsakowowie i Rachel parsknęli śmiechem, po czym wyszli z komnaty, zostawiając ich samych. Marion miała wrażenie, że to sen. Że było zbyt pięknie, by okazało się to prawdą. Ale jednak. Stała tutaj. Pogodziła się z matką, a tuż obok miała mężczyznę swojego życia, który już wiele dla niej poświęcił, a który zamierzał oddać jej całe swoje życie. Jeśli to miała być nagroda za wszystkie niepowodzenia, jakie ją w życiu spotykały, to była w pełni usatysfakcjonowana takim obrotem spraw.
— Wszystko w porządku?
Otrząsnęła się z zamyślenia. Jules obserwował ją tym swoim rozbrajającym spojrzeniem, którym zawsze przypominał jej małego szczeniaczka, który oczekiwał na pieszczoty i aprobatę.
— Tak, w porządku. Po prostu się zamyśliłam.
— Będzie cudownie, zobaczysz — zapewnił, podchodząc do niej i biorąc ją za rękę. — Jeśli masz jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, pomyśl sobie o mnie.
— Dlaczego  o tobie?
— Ponieważ ja wyzbyłem się wątpliwości już dawno temu. Jeśli ja potrafiłem zadeklarować chęć wstąpienia na tron Lyonu, ty też się na to zdobędziesz.
— Już się zdobyłam. I jestem pewna swego. Nie zrezygnuję. A nawet jeśli, wtedy porwę cię ze sobą.
Zachichotał, biorąc ją pod ramię i prowadząc na dół do głównego holu.
— Kocham cię, Mar.
— I wzajemnie, Julianie.
Nie, to nie był sen. To była po prostu idealna rzeczywistość.

***

Pociągnęła nosem, wpatrując się z otępieniem w imię brata wyryte na czarnej płycie nagrobnej. Wciąż nie potrafiła przyzwyczaić się do tego widoku, choć bywała na cmentarzu niemalże co dzień. Tak samo, jak do imion bratowej oraz bratanka. Z Tosią były dla siebie niemalże jak siostry jeszcze zanim ta wyszła za Maksa. A Teofil… Nie miała okazji nawet go poznać. Widziała go jedynie na zdjęciach, nic poza tym. Dlaczego największe nieszczęścia musiały dotykać właśnie ich? Dlaczego fatum nie mogło sobie odpuścić i zostawić jej najbliższych w spokoju? W duchu jednak dziękowała, że Leosia była cała i zdrowa. Chociaż ją mogła starać się chronić przed niebezpieczeństwami świata. Podejrzewała jednak, że na staraniach się skończy. Po tym, jak mała przyczyniła się do wygrania wojny, już nie dawała rozstawiać się po kątach. Wniknęła w ten drugi świat, tak jak rodzice. Oby tylko jej wyszło to na lepsze, niż im.
— Er? — Nikodem siedzący obok niej na ławce zacisnął dłoń na jej przegubie. — Proszę, tylko nie płacz. Już dość łez wylałaś na moich oczach.
— Nie będę płakać — obiecała, opierając głowę na jego ramieniu. — Ale wciąż nie mogę pojąć, jak to się stało. I dlaczego właśnie ich to dotknęło.
— Dowiemy się tego Teraz, gdy wojna się zakończyła, cały swój czas poświecimy na dowiedzenie się prawdy. Pomścimy ich śmierć, obiecuję ci to. Byli też moją rodziną i wierz mi, równie mocno zależy mi na zmiażdżeniu ich mordercy.
— Myślisz, że Leosia sobie z tym poradzi?
— To twarda dziewczyna. Ona chyba znosi to najlepiej, choć wiem, że gdzieś głęboko cierpi najbardziej z nas wszystkich. Nigdy jednak nie okaże słabości, już zwłaszcza po tym, jak odkryła nasz świat. Teraz to on będzie jej życiem, a póki będzie trenować z Wygnanymi, jej cierpienie będzie mniejsze.
— Obyś miał rację. Bardzo się o nią martwię. Jest niezwykle mściwa i nie zazna spokoju, dopóki nie zemści się za krzywdę, jaka ją spotkała.
— Zemści się, a my jej w tym pomożemy. A wtedy znów będziemy rodziną. Na nowo zjednoczoną.
Cmoknęła go w policzek. Był niezwykle wilgotny. Więc jednak płakał. On, Nikodem Kowalczuk. Największy twardziel, jakiego znała. Chciałaby wiedzieć, co działo się w jego głowie, ale musiała zadowolić się tą niepewnością. Nikodem był jaki był, mógł kochać ją do szaleństwa, ale do swoich myśli nigdy nikogo nie dopuszczał. Nawet Maksa, największego telepaty wśród Wygnanych.
— Zauważyłaś coś? — mruknął po chwili, stukając się knykciem po metalowej nodze. — Każdy z nas coś traci. Nie tylko kogoś, ale coś. Ja zostałem pozbawiony nogi, ty Daru, Aleks kawałka ucha. Jesteśmy chodzącymi pechowcami, ale przynajmniej mamy największe powodzenie wśród płci przeciwnej. I nie tylko. Nie sądziłem, że Aleks będzie miał większe branie, niż ja.
Mimowolnie się uśmiechnęła. Za to właśnie go kochała – za idiotyczne zmiany tematu, które były w stanie rozśmieszyć ją w każdej sytuacji.
— Mam nadzieję, że przyzwyczaiłeś się już do jego sytuacji.
— Tak, chyba tak. Z Apolla jest fajny gość. Świetnie gra w pokera, pięknie śpiewa, jest zabawny i uroczy, a od czasu do czasu fajnie świecą mu się włosy. Jak sądzisz, czy gdybym podłączył go do zasilania, zapewniłby nieskończoną ilość energii?
— Na bogów, Niko, nawet nie waż mu się tego proponować.
— Przepraszam. — Zamyślił się. — Er?
— Tak?
— Będzie dobrze, wiesz o tym? Pomścimy naszą rodzinę, naszych przyjaciół. I nikt już nigdy nie będzie musiał cierpieć.
— Wiem, Niko. Będzie tak, jak zawsze chcieliśmy.
— Trzymam was za słowo.
Leosia opadła na ławkę obok nich. O dziwo nie miała na sobie szaty Wygnanej. Wyglądała tak… zwyczajnie. Czarny płaszczyk, ciemne spodnie, botki. Eryka z rozrzewnieniem zauważyła, że założyła nawet czapkę. Zawsze przed wyjściem prosiła ją, by wzięła ją ze sobą i wcisnęła na uszy, a ta, choć niechętnie się zgadzała, za rogiem ją zdejmowała i gnała do willi z rozwianymi włosami. Być może myślała, że Eryka tego nie widzi, ale to nie miało znaczenia. Teraz miała ją na sobie. Jakby chciała pokazać, że umie dać też coś od siebie.
— Byliśmy pewni, że jesteś gdzieś po drugiej stronie — powiedział Nikodem, obejmując ją ramieniem. Nie wyrwała mu się. Może rzeczywiście postanowiła przestać buntować się na każdym kroku.
— Byłam na trochę u Julesa i Marion, ale ci szykują się na wielkie wyjście na ulice Lyonu, więc postanowiłam im nie przeszkadzać. W domu nikogo nie zastałam, ale od razu domyśliłam się, gdzie jesteście.
— Szukałaś nas w jakimś celu? — zapytała Eryka.
Leosia pokręciła głową.
— Chciałam z kimś pobyć. Tak... tak po prostu.
Nikodem zacisnął dłoń nieco mocniej na jej ramieniu, a Eryka splotła swoje palce z jej.
— Jakoś to będzie, mała — mruknęła, posyłając jej ciepły uśmiech. — Dowiemy się, kto za tym stoi.
— Wiem, że się dowiecie. Wszyscy to zrobimy. — Zerknęła na Erykę, a ta mogła przysiąc, że dostrzegła zaniepokojenie w jej oczach. — Przepraszam, że was od siebie odpychałam. Nie umiem sobie z tym wszystkim poradzić.
— Niczym się nie przejmuj, kochanie — zapewniła, a Nikodem gorliwie pokiwał głową. — Rozumiemy, przez co teraz przechodzisz. To była również nasza rodzina.
— Brakuje mi ich — wyszeptała, nieco mocniej wtulając się w ramię Nikodema.
— Nam też, myszko. Ale trzeba żyć dalej. Nie chcieliby, byśmy się zamartwiali. Maks kazałby przestać nam się dąsać, a Tosia ściskałaby na tak długo, aż przeszłyby nam smuteczki.
Leosia mimowolnie zachichotała, podobnie jak Eryka wcześniej wpatrując się w imiona jej rodziców i brata wyryte na płycie. Była silna, jeszcze silniejsza, niż rodzice. Sprawiała wrażenie, jakby mogła roznieść ten świat na małe kawałeczki, byleby tylko dociec prawdy i zemścić się za swoją krzywdę. Była niemalże pewna, że gdy stanie się pełnoprawną Wygnaną, otrzyma moc ziemi. Moc, którą może otrzymać ktoś, kto pragnie krwawej zemsty.
Usłyszała jakieś kroki. Odwróciła się, pospiesznie ocierając łzy. Ku jej zaskoczeniu, ku nim biegł Aleks, a tuż za nim człapał Apollo. Najwyraźniej pomimo bycia strąconym bogiem, jego kondycja nie należała do najlepszych, bo sapał tak, jakby przebiegł kilometry.
— Coś się stało? — spytała, modląc się w duchu, by zaprzeczył.
— Jeszcze nie, ale wszystko przed nami — odparł Aleks, przystając gwałtownie obok nich; Apollo w końcu do niego dobiegł, oddychając spazmatycznie. — Farida jest w szpitalu. Chyba niedługo świat wrzaśnie z przerażenia, bo będzie musiał przyjąć do siebie kolejnego Szulca.

***

Z udawanym uśmiechem oddał kurtkę jakiejś miłej pani w szatni, po czym ruszył w stronę recepcji, by dowiedzieć się, gdzie leży Farida. Wciąż jednak nie był pewien, czy jest tutaj dlatego, że mu kazano, czy dlatego, że po prostu się martwił. Bądź co bądź, była jego rodziną. Widząc jednak swoje odbicie w lusterku, pojął, że była to zwyczajna troska. W innym przypadku nie ubierałby się jak zwykły śmiertelnik, czyli w koszulę w kratę i ciemne dżinsy, oraz nie przybierałby wyglądu emerytowanego mężczyzny, tylko wpadł do szpitala w odświętnym garniturze, jaki zwykł nosić w swoim królestwie, będąc jednocześnie w wieku swojego syna. Wyglądał tak zwyczajnie, jakby naprawdę szedł w odwiedziny do synowej, która być może niedługo wyda na świat największe przekleństwo całej ludzkości.
Dobra, nie zapędzaj się. Z małym nic nie będzie. Wszyscy są absolutnie pewni, że nie powtórzy się sytuacja Mustafy. Że będąc otoczony miłością, Leon ze wszystkim sobie poradzi, a dzięki siostrze, która przejęła na siebie mroczną moc hadesowej mocy, jego mocy, będzie mógł wieść normalne, spokojne życie.
W recepcji zastał jakąś niską kobietę w średnim wieku. Zerknęła na niego zza rogowych okularów i zmierzyła bacznym spojrzeniem. No tak, to było małe miasteczko i z pewnością zaskoczyło ją to, że widzi kogoś obcego. Na dodatek tak przystojnego obcego. Musiał przyznać, że nawet jako staruszek wciąż wyglądał jak, no cóż, bóg.
— Pomóc w czymś? — zapytała.
Przywołał swój uśmiech numer siedemdziesiąt pięć, którego zwykle używał na śmiertelnikach, by ich oczarować.
— Owszem. Może mi pani powiedzieć, w której sali znajdę Faridę Szulc?
— A to ktoś z rodziny?
Czyżby uśmiech nie działał? Trzeba go pogłębić.
— Owszem, to moja synowa.
Kobieta zmarszczyła brwi. No tak, teściem Faridy, którego wszyscy znali, był Leon. A on raczej nim nie był. No i nie był martwy. Uśmiech jednak zaczynał działać cuda, bowiem mimo początkowej niepewności, recepcjonistka skinęła głową i zerknęła na monitor komputera.
— W tej chwili jest na porodówce, ale proszę iść pod salę dwadzieścia osiem. Tam już czeka reszta rodziny. Głównym korytarzem do końca, potem w lewo.
— Dziękuję, moja droga. Życzę miłego dnia!
Ruszył we wskazanym mu kierunku. Gdy tylko minął róg korytarza, od razu ich dostrzegł. Julian, jak to Julian w chwili stresu, chodził jak opętany w tę i z powrotem, mrucząc pod nosem jakieś obelgi lub najzwyczajniej w świecie powtarzając „będzie źle, będzie bardzo źle”. Wieczny optymista. Bycie dzieckiem boga śmierci najwyraźniej mocno na niego wpłynęło.
Na jednym z krzeseł siedziała Aria, prosząc ojca, by się uspokoił i usiadł. Widać było jednak, że i ona bardzo się tym wszystkim przejmuje, choć idealnie potrafi to zamaskować. Jednak to nie widok syna czy wnuczki nim wstrząsnął. Tuż obok Arii siedziała kobieta o spokojnej twarzy pokrytej siateczką zmarszczek, które mimo wszystko niespecjalnie ją postarzały. Wciąż miała brązowe włosy, choć był pewien, że były farbowane. Nawet z tej odległości mógł dostrzec kilka siwych odrostów. Poczuł, jak zaciska mu się serce. Gdy ostatnim razem ją widział, stała nad grobem męża. To właśnie wtedy po raz pierwszy widział, jak płakała. Po raz pierwszy i ostatni.
Wziął głęboki oddech i ruszył w stronę rodziny. Pierwsza dostrzegła go Aria, choć chyba go nie poznała. Dopiero gdy napotkała jego niebieskie oczy, otworzyła usta ze zdumienia i złapała ojca za rękę. Ten zatrzymał się raptownie, podnosząc wzrok. Był nie mniej zdziwiony, niż córka.
— Hades? — wydyszał.
— Cześć, Julianie — odparł, cały czas jednak wpatrując się w Eleonorę, swoją dawną miłość. Ta jako jedyna nie wyglądała na zaskoczoną jego widokiem. Co więcej. Sprawiała wrażenie przeszczęśliwej. Jego serce po raz kolejny omal nie eksplodowało. Wciąż uśmiechała się w ten sam sposób.
— Dobrze ci w siwych włosach — przyznała, wstając i podchodząc do niego. Wciąż była sporo niższa.
— Tak sądzisz? — Przesunął palcami po siwych kosmykach. — Ja jednak wolę siebie w tej młodszej wersji.
Zachichotała, mocno go obejmując. Kolejny szok. Nie trzymał jej w ramionach od chwili, gdy wyznała mu, że jest w ciąży. To właśnie tamtego dnia ich drogi się rozeszły. A teraz zeszły się z powrotem.
— Cieszę się, że tu jesteś, Hadesie — szepnęła.
Odwzajemnił jej uścisk, wciskając twarz w jej włosy. Kątem oka dostrzegł Juliana i Arię wpatrujących się w niego z niemałym szokiem.
— Co ty tu robisz? — zapytał Julian.
— Jak to co? Odwiedzam synową i mojego wnuka. To chyba nie jest zabronione.
— W którym momencie swojego życia zgubiłeś resztki boskości, Hadesie? — spytała Aria, uśmiechając się niepewnie.
— Chyba wszyscy znamy odpowiedź na to pytanie — odparła Eleonora, wyswobadzając się z uścisku Hadesa, biorąc go jednak za rękę, jakby się obawiała, że za chwilę zniknie i znów ją zostawi.
— Myślałem, że twój braciszek cię przysłał — burknął Julek. — Czyli to jednak całkowicie twoja wolna wola?
— W zupełności. Ja… chciałem przy tym być. Chciałem zobaczyć was w pełni szczęśliwych.
Julian zerknął w górę, wpatrując się w świetlówkę. Hades odchrząknął.
— Eee, synu, wszystko w porządku?
— Tak, po prostu czekam, aż niebo zwali nam się na głowy.
Eleonora i Aria zachichotały. To dziwne, ale dopiero teraz pojął, że miały identyczny śmiech.
— Bardzo zabawne.
— Daj spokój, tatuśku, żartuję. — Julian poklepał go po ramieniu. — Wiem, że się starasz i chcesz dla nas jak najlepiej.
— Zostaniesz z nami? — spytała Aria. — Może ty będziesz miał jakiś wpływ na tatę i pohamujesz jego dziwne odruchy. Od godziny chodzi w kółko i nie odbiera telefonów od przyjaciół, wciskając komórkę mi i tłumacząc się gęsto, że sam czuje się tak, jakby miał zaraz urodzić i nie może z nikim rozmawiać.
Hades ryknął śmiechem. Dawno nie było mu dane tak swobodnie się roześmiać.
— Zostanę — odparł, z rozbawieniem obserwując, jak Julian miażdży spojrzeniem Arię i mruczy pod nosem kolejne obelgi.
— Możesz kupić mi kawę — burknął Julian, ponawiając swój marsz przez korytarz. — Najlepiej potrójne espresso.
— Chyba jesteś już wystarczająco pobudzony — zauważyła Eleonora.
— Ja pobudzony?! — Zacisnął nerwowo ręce na koszuli, mnąc ją w dłoniach, jakby był poważnie zestresowany. — Skąd taki pomysł?
— Kupię ci tą kawę, dziecko — burknął Hades. — Tylko się zachowuj.
— Pójdę z tobą — oznajmiła Nora, a jej mina świadczyła o tym, że jeśli jej się przeciwstawi, straci głowę.
Gdy ruszyli w stronę automatu na kawę, poczuł, jak wracają do niego wszystkie wspomnienia. Od bardzo dawna nie był z nią sam na sam. Nie przypuszczał, że od tamtej pory tak wiele się zmieni, że jego syn i wnuczka zostaną pociągnięci do odpowiedzialności za cały świat. Co za ironia – jego boskie dzieci nigdy nie miały na swoich barkach aż takiej odpowiedzialności, a jedyni półbogowie w jego rodzinie już nie raz uratowali świat przed zagładą. I tutaj właśnie sprawdzała się teoria, że ludzie byli o wiele lepsi od bogów, pod każdym możliwym względem.
Nora wrzuciła kila monet do automatu i wcisnęła guzik. Poczuł zapach niezwykle mocnej kawy, która od razu otrząsnęła go z zamyślenia. Nawet bogowie czasem potrzebowali stymulantów, by móc poprawnie funkcjonować w ciągu dnia.
— Byłeś tam, prawda?
Nie musiał pytać, o co jej chodziło. Zawsze sprawiali wrażenie, jakby czytali sobie w myślach, a nawet na przestrzeni lat to się nie zmieniło.
— Byłem, ale nie odważyłem się podejść. Sam nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Chociaż… co pomyśleliby ludzie, gdyby na pogrzebie twojego męża nagle podszedł do ciebie jakiś koleś i zaczął cię pocieszać?
— Wiesz, że zawsze miałam w nosie ludzi.
— A ja zawsze miałem na uwadze twoje dobro. Tak było lepiej, dla wszystkich.
— Kochałam Leona, Hadesie. Ale kochałam też ciebie. Nawet nie wiesz, jak było mi ciężko przez te wszystkie lata.
— A myślisz, że mi nie było ciężko? Że nie dopadały mnie wyrzuty sumienia? Może gdybym z wami został, nic by się nie wydarzyło. Może Julian byłby bezpieczniejszy, może nie przeszedłby przez całe to piekło, a ty nigdy nie miałabyś złamanego serca.
— Zeus by cię zniszczył. A potem zniszczyłby nas. Dobrze zrobiłeś, Hadesie. O nic cię nie winię.
Kawa przestała lecieć, jednak Nora nie schyliła się, by po nią sięgnąć. Wpatrywała się w przycisk opatrzony napisem „czekolada z mlekiem”, jednak wiedział, że to nie wokół napoju obracały się jej myśli.
— Proszę, powiedz mi, o co tak naprawdę ci chodzi.
— Chcę wiedzieć, dlaczego tu przyszedłeś.
— Mówiłem już.
— Chcę poznać prawdę, Hadesie.
Prawda. Przez całe życie się z nią mijał. Starał się nie okłamywać bliskich mu ludzi, ale zawsze doprowadzał do tego, że zatajał najważniejsze rzeczy. Najpierw przed Norą, potem przed Zeusem i pozostałymi bogami, na końcu przed własnym synem i wnuczką. A teraz znów to robił. Znów umykał przed odpowiedzialnością. Wiedział jednak, że Nora i tak znajdzie sposób, by zmusić go do mówienia. Zawsze była w tym dobra.
— Chodzi o mojego wnuka, prawda? — Co za mała, podstępna istota. — Chcesz sprawdzić, czy nie przyjdzie na świat w mroku, jakiego się spodziewasz.
— Poniekąd. Chcę to sprawdzić, ale robię to dla jego bezpieczeństwa. Dla bezpieczeństwa was wszystkich. Jeśli coś pójdzie nie tak, bogowie zadbają o to, byście nie mieli łatwego życia Zamierzam temu zapobiec.
— Jak? Odbierając dziecko rodzicom?
— Nie. Chroniąc ich za wszelką cenę.
Spojrzała mu prosto w oczy, jakby próbowała doszukać się kłamstwa. Nie odwrócił wzroku. Chciał, by zobaczyła, iż po raz pierwszy w życiu był z nią absolutnie szczery.
— Nie pozwolę, by zraniono was bardziej, niż zostaliście zranieni — dodał, jakby to mogło mu w czymś pomóc. — Dość już się napatrzyłem na cierpienie Szulców. Nie wiem, co zrobię, gdy mały Leon przyjdzie na świat. Ale nie pozwolę, by skończył, tak jak potomkowie Anubisa.
Eleonora poklepała go po policzku, uśmiechając się niepewnie.
— Z każdym naszym spotkaniem zaskakujesz mnie coraz bardziej. Musisz odwiedzać nas częściej.
Sięgnęła po kawę i ruszyła w stronę poczekalni. Przygryzł wargę. Powinien jej to zaproponować? Tylko by się zbłaźnił. Zapewne wybuchnie mu śmiechem prosto w twarz, oznajmiając, że do reszty oszalał. Ale w sumie… Co mu szkodziło? Zeus już nie miał nad nim władzy, mógł robić, co mu się żywnie podobało, a jeśli nie odważy się zapytać, być może straci ją na zawsze. Tym razem naprawdę.
— El?
Odwróciła się, a on dostrzegł na jej twarzy cień wspomnień. Wiedział, o co chodziło. Tylko on mówił do niej El.
— Tak?
Raz kozie śmierć, Hadesie. Jeśli się na ciebie rzuci, przynajmniej będziesz miał pewność, że nie zginiesz.
— Wyjedźmy gdzieś.
Eleonora wytrzeszczyła oczy, jakby nie do końca rozumiała, o co mu chodziło. Chyba jednak nie była aż tak bystra, za jaką ją brał. Na szczęście odstawiła kawę na stolik obok, bo jakby tak dalej poszło, w końcu by ją wylała.
— O czym ty mówisz?
— Wyjedźmy gdzieś daleko. Razem. Jak za dawnych lat. Mam w nosie to, co się może stać i jak bardzo możemy tym wkurzyć innych. Chciałbym spędzić z tobą resztę życia, jeśli oczywiście mi na to pozwolisz.
Jej dłonie zaczęły drżeć. Czy wyglądała na zaskoczoną? To mało powiedziane. Była w totalnym szoku. No cóż, bardzo często zdarzało mu się przyprawiać kobiety o palpitacje serca, ale z Norą chyba zdarzyło mu się to pierwszy raz. Jedynym plusem było to, że jeśli za chwilę padnie, przynajmniej błyskawicznie otrzyma opiekę medyczną.
— Hadesie, ja…
— Cześć, panie ponuraku! Hej, Noro!
Przeklinając wszystkich znanych członków swojej boskiej rodziny, zerknął w stronę drzwi. W przejściu stała Magda, a tuż za nią zamajaczył Nestor, machając do nich wesoło. Widząc ich w takim wydaniu nikt nie podejrzewałby nawet, że jedno z nich pochodziło z antycznego świata, a drugie spędzało poza czasem więcej czasu, niż we własnym domu w XXI wieku. Oboje byli mocno opaleni, jakby spędzili długie wakacje w jakiś ciepłych krajach. Mimo zwiewnej koszulki Magdy, było widać, iż jest w ciąży, a z tego co słyszał, była to ciąża bliźniacza. Będą mieli ciekawe życie, nie ma co.
Nora otrząsnęła się z szoku, posyłając Madzi promienny uśmiech.
— Nie sądziłam, że nas odwiedzicie — powiedziała, obejmując kobietę i przesyłając całuska do Nestora. — Myślałam, że jesteście w Egipcie.
— Byliśmy — oznajmił Nestor, kiwając głową Hadesowi. — Ale wsiedliśmy w pierwszy samolot do Polski po tym, jak Aria dała nam znać, że Farida trafiła do szpitala.
— Julian powiedział nam, że tu jesteście — dodała Madzia. — Właśnie przegapiliście narodziny własnego wnuka.
— Farida urodziła? — jęknęła Eleonora, a Hades poczuł, jak coś ciężkiego opada mu na dno żołądka.
— A i owszem. Chodźcie, bo za chwilę zwali się tu pół miasteczka i nie zobaczycie małego.
Oboje wyszli na korytarz. Eleonora już miała pobiec za nimi, gdy zatrzymała się w pół kroku i wyciągnęła do niego rękę. Wyglądała na najszczęśliwszą kobietę na świecie, a cały szok związany z jego propozycją gdzieś przepadł.
— Dobrze, Hadesie.
— Że co?
— Pojadę z tobą. Gdziekolwiek. Obojętnie kiedy. I zostanę przy tobie do końca życia.
Ryknął z uciechy i chwycił ją w objęcia. Ostatni raz był tak szczęśliwy, gdy oznajmiła mu, że jest w ciąży. I pomyśleć, że od tamtego dnia minęło już ponad czterdzieści lat.
— Kocham cię, El — szepnął, wciskając twarz w jej włosy.
— A ja ciebie, głuptasie. A teraz skończ te czułości i chodźże za mną. Chyba chcesz zobaczyć swojego wnuka, prawda?
Skinął ochoczo głową i pobiegł z nią do sali, do której przewieźli Faridę. Gdy tylko weszli do środka, poczuł się w pełni szczęśliwy, nawet chorobliwie szczęśliwy. Nieistotne, że to kompletnie nie pasowało do boga śmierci. Już nie raz udowodnił, że jest wyjątkiem od wszelkich reguł. Farida leżała na szpitalnym łóżku. Wyglądała na wycieńczoną, ale z uśmiechem wpatrywała się w Juliana, który trzymał na rękach małe zawiniątko i wpatrywał się w nie z niewyobrażalną miłością. Obok niego stała Aria, która podsunęła palec do zawiniątka. Te poruszyło się, a na jej palcu zacisnęła się maleńka piąstka. Na ten widok Julek kompletnie się rozkleił, a nawet Madzia i Nestor stojący w kąciku pozwolili sobie na kilka łez radości.
— Chodź bliżej — szepnęła Nora, ciągnąc go za sobą. Nie był pewien, czy to dobry pomysł, ale mimo to ostrożnie podszedł do swojego syna i zajrzał poprzez fałdy kocyka, który ten trzymał na rękach. W zawiniątku leżał mały berbeć. Miał zamknięte oczy, jakby sztuczne światło wciąż go raziło, a usta wykrzywiał w grymasie, przygotowując się do płaczu. Nie zakwilił jednak, a jego powieki drgnęły, lekko się rozchylając. Był pewien, że nieco mocniej zacisnął palce na dłoni Nory.
— Coś czuję, że nasz mały Leon otrzyma standardowy odcień oczu męskich dziedziców Hadesa — szepnęła Aria, uśmiechając się promiennie do Hadesa. Miała racę, chłopiec miał intensywnie niebieskie oczy, a choć niemowlakom tęczówki bardzo często się zmieniały, sam miał wrażenie, że te pozostaną takie już na zawsze.
Julian pociągnął nosem, zerkając nieśmiało na Hadesa. Ten chyba po raz drugi w życiu dostrzegł na jego twarz aż tak wielką radość. Pierwsza miała miejsce dwadzieścia lat temu, gdy Zeus darował życie jemu i Faridzie.
— Powiedz, że będzie dobrze — poprosił.
Uśmiechnął się, po czym ostrożnie musnął dłonią niewielką kępkę brązowych włosów na głowie Leona. Nie wyczuł mroku, jakiego się spodziewał. Nie czuł nic, poza niewyobrażalnym spokojem. Jak widać nie każdy musiał kończyć tak, jak zapowiadali bogowie. Szulcowie byli tego niezbitym dowodem.
— Będzie dobrze, Julek — zapewnił, puszczając oczko do Faridy. Ta mimowolnie odetchnęła z ulgą. — A ja zadbam o to, by w istocie tak pozostało. Obiecuję.

__________

W tym rozdziale opanowałam do perfekcji moją miłość do Nory i Hadesa. Już nie wiem, który stworzony przeze mnie ship kocham najbardziej, ale oni z pewnością są wśród tych najukochańszych. Nawet zaczęłam już coś o nich pisać i jestem w absolutnej miłości.
Nad Marion i Julesem rozpływałam się niejednokrotnie, więc teraz przejdę dalej. Leosia. Z pewnością będzie szukała zemsty i to będzie motorem napędowym następnego opowiadania. Co wyjdzie z jej polowania? Wiele niespodzianek, to na pewno. Już nawet wiem, czym Was będę szokować, hihi.
Farida urodziła zdrowego bobaska. Można się radować, pozwalam. Na ostatniej scenie zaczęłam płakać. Tak, poważnie, płakałam. Zaczynam się starzeć. Ale może to i lepiej. Przynajmniej mam dowód na to, że posiadam jeszcze jakiekolwiek przejawy uczuć :")
Ogarniacie, że to ostatni rozdział, a za tydzień już epilog? To było szalone prawie półtora roku, oj szalone.

Rozdział 65 "Nowa generacja bohaterów"

Przypomniała sobie dzień, w którym to ona prowadziła Arię na spotkanie z przeznaczeniem. W którym to ona pomogła jej stanąć przed mężczyzną, którego ta tak bardzo kochała, ale który o tym nie wiedział, który nie pamiętał nic z ich wspólnego życia.  Teraz role się odwróciły. Teraz to Aria trzymała ją za rękę, to ona ciągnęła ją za sobą w stronę jednej z komnat na niedawno postawionym zamku w Wuhan, gdzie czekało na nią przeznaczenie. Gdzie zobaczy tego drugiego brata. Kogoś, za kim mimo wszystko tęskniła.
— Wszystko będzie dobrze — zapewniła ją Aria. Wyglądała nieco lepiej, niż w trakcie bitwy, gdy sprawiła, że część z Upadłych została oczyszczona z Rytuału Krwi, ale Zyta widziała, jak bardzo jest zmęczona. Choć minęły już dwa tygodnie, wciąż utykała poważnie na nogę prawą nogę, w której podczas bitwy utknęła strzała nieprzyjaciół. — Wierz mi.
— Widziałaś się z nim, prawda? Jaki on jest?
— Cóż, to nie jest ten sam Gabriel, którego znałaś. W każdym razie tak mi się wydaje. Sama rozumiesz, dla mnie był tylko mordercą, nikim więcej. Ale Oskar sam to przyznał. Najwyraźniej tortury Mustafy odcisnęły na nim jakieś piętno, choć nie jest już pełnoprawnym Upadłym. A to najważniejsze. Będziemy o niego walczyć, obiecuję ci.
Spojrzała na nią z zaskoczeniem. Jeszcze nie tak dawno Aria za wszelką cenę pragnęła go zabić, a teraz tak po prostu mówiła jej, że chce go ocalić przed zatraceniem. Być może ta wojna zmieniła również ją. Po wojnie nic nie było takie, jak dawniej, ale nie tylko ze względu na nią Aria mogła nieco złagodnieć. Może to, jak wpłynęła na Upadłych również ją odmieniło. W końcu ratowanie setek istnień przed zatraceniem musi być niesamowitym uczuciem.
— Cudownie widzieć cię taką… no wiesz…
— Spokojniejszą? Pełniejszą nadziei? Bardziej ludzką? Tak, chyba też taką siebie wolę. Upadli Dziesiątego Miasta będą mieli ze mną niesamowite życie.
— To prawda, że Oskar chce ci pomóc?
— Tak, już nawet poprosił Marion o oficjalne włączenie go do sprawy. Nie wiem, ile efedryny wziął przed tym wszystkim, ale musiała to być duża dawka.
— To nie narkotyki. On po prostu cię kocha. Kocha cię tak, jak kochają się Jules i Marion, jak kochają się Aleks i Apollo, jak kochają się wasi rodzice. A może jeszcze mocniej. W końcu pokochał cię aż dwa razy, i za każdym razem nie miał wątpliwości.
Aria uśmiechnęła się nieznacznie, jednak nic na to nie odpowiedziała. Zamiast tego mruknęła:
— A wiesz co? Okazało się, że moja moc wciąż zaskakuje. Dzięki moim staraniom i staraniom Rachel udało nam się przywrócić dawny wygląd Gabrielowi, podobnie, jak Feliksowi Korsakowowi. Obaj teraz wyglądają jak niewinne aniołki.
Zyta wytrzeszczyła oczy.
— Mówisz poważnie? Przecież ich rany były nie do wyleczenia, z Feliksem nie poradził sobie nawet twój ojciec. Za to Gab… On ledwie uszedł z życiem z pożaru!
— Nie jestem moim ojcem. Jak sam to ostatnio przyznał – jestem o wiele potężniejsza. Ucieszysz się z efektów.
Ciekawe, czy Gabriel też się z nich cieszy, pomyślała Zyta. Potem przypomniała sobie, że w jego obecnym stanie psychicznym może nic go nie cieszyć. Może nawet nie wiedzieć, na czym tak naprawdę polega szczęście.
Stanęły przed bogato zdobionymi drzwiami. Czyli to tutaj czekała ją zguba. Wzięła głęboki oddech i zerknęła z niepokojem na Arię. Ta posłała jej ciepły uśmiech i nieco mocniej zacisnęła palce na jej dłoni.
— Będzie dobrze. Czuję to.
Skinęła głową. Nie umiała ubrać w słowa, jaka jest jej wdzięczna. W końcu wiedziała, że uratowała Gabriela głównie ze względu na nią i Oskara. Że to do niego popędziła najpierw. Że choć powinna walczyć, ruszyła ku niemu i ocaliła jego duszę, niemal tracąc przy tym przytomność. Tyle dla niej zrobiła, a ona nawet nie była w stanie jej za to podziękować.
Aria pchnęła drzwi ramieniem. Zyta najpierw dostrzegła Oskara siedzącego na bujanym fotelu. Nie wyglądał jak typowy nastolatek wyrwany z czasu i przestrzeni. Miał na sobie granatowy mundur, w jakim ostatnio zwykł chodzić Jules, tyle że w przeciwieństwie do niego, postawił na nieco więcej luzu. Guziki marynarki miał rozpięte, a rękawy jej i koszuli podwinięte. Widać było fragment jego tatuażu. Kruk Odyna. W ręku trzymał rogatywkę, którą wymachiwał w stronę osoby siedzącej naprzeciwko niego na wielkim łóżku. Najwyraźniej coś dosadnie tłumaczył.
Zerknęła w bok. Gabriel opierał się głową o jeden z filarów łoża i z zainteresowaniem wpatrywał się w młodszego brata. Choć dzieliło ich pięć lat, teraz to Oskar wyglądał na tego dojrzalszego. Gab sprawiał wrażenie, jakby czegoś się bał. Zaciskał kurczowo dłonie na pościeli i od czasu do czasu zaciskał mocno powieki, jakby próbował pozbyć się jakiegoś nieprzyjemnego widoku sprzed nosa. Na dźwięk uchylanych drzwi odwrócił się nieco, a Zyta wciągnęła ze świstem powietrze. Zniknęła gdzieś nadpalona skóra, pozostawiając jedynie kilka wąskich blizn, jakie towarzyszyły mu już od tortur Dariusa, a później Mustafy. Najwidoczniej nie wszystkie rany były zbywalne. Wyglądał zupełnie tak, jakby nie przeszedł całego tego piekła, jakby nigdy nie trafił do tego drugiego świata i nie stał się rządnym krwi mordercą, który, choć bronił się zaciekle przed zatraceniem przez trzy lata, w końcu, przez jedną decyzję, przepadł w mroku.
Ich oczy się spotkały. Była pewna, że Gabriel zacisnął dłonie na pościeli jeszcze mocniej. Pamiętał ją. Pamiętał wszystko to, co się stało. Była tego pewna. Widziała to w jego przerażonym spojrzeniu.
Oskar również zauważył, że mają gości. Przerwał swoją opowieść, podrywając się z fotela i podchodząc do nich. Objął Arię w pasie, cmoknął ją w czoło, po czym puścił oczko do Zyty.
— Witam, drogie panie — rzekł, uśmiechając się szeroko. Najwyraźniej rozmowa z bratem, którego do niedawna miał za najzacieklejszego wroga, bardzo mu się przysłużyła. — Wszystko w porządku? — Zmarszczył brwi, zerkając niepewnie na swoją dziewczynę. — Jak mają się twoi rodzice?
— Jakoś się trzymają — odpowiedziała Aria, splatając swoje palce z jego. — Tata wciąż mocno odczuwa skutki wojny, ale jest silny. Dzięki mamie i świadomości, że niedługo w jego życiu pojawi się kolejna istotka, która odmieni jego życie. Oby odmieniła je na lepsze. Dość mam już patrzenia na to, jak stacza się na dno. Chociaż… bardziej niż przez wojnę, cierpi z powodu straty Abramskich. Chyba tak naprawdę dopiero teraz dotarło do niego, że już nigdy ich nie zobaczy.
— Jeśli moje słowa w czymś pomogą — wtrącił nieśmiało Gabriel, co wywołało niemały szok u Zyty. Jego głos brzmiał niemalże tak, jak dawniej. Jak głos chłopaka, który był gotów poświęcić dla niej całe swoje życie — bardzo współczuję wam straty. Oskar wyjaśnił mi nieco, kim oni dla was byli. Może… może gdybym nie był Upadłym, gdyby moi ludzie nie byli potworami...
— To nie twoja wina, Gabrielu — przerwała mu Aria, uśmiechając się przyjaźnie. Tak, to już nie była ta stara Aria, która każdego Upadłego zamordowałaby z zimną krwią. To była kobieta, która miała w sobie olbrzymie pokłady współczucia. — Nikogo z was. Myślisz, że dlaczego nikt z tych Upadłych, który przeszedł nowy Rytuał Krwi nie został pociągnięty do odpowiedzialności za wszystkie zbrodnie? Bowiem wiemy, że za to nie odpowiadaliście.
Wyglądał na zamieszanego, ale skinął w podzięce głową. Jego wzrok przeniósł się na Zytę, która poczuła się jeszcze gorzej, jeśli to w ogóle było możliwe. Aria chyba to dostrzegła, bowiem szepnęła coś na ucho Oskarowi, a ten skinął głową i mruknął:
— Porozmawiajcie sobie, ja i Aria lecimy do domu. Muszę przygotować ciotkę i rodziców na szok, jakim będzie twój szalony powrót, braciszku. Dołączycie do nas później, prawda?
Gabriel pokiwał gorliwie głową. Zyta nie zareagowała w ogóle. Była chyba zbyt przerażona perspektywą rozmowy sam na sam z Gabrielem. Z otępieniem patrzyła, jak jej przyjaciele wychodzą z komnaty, trzymając się za ręce i rozmawiając przyciszonymi głosami. Byli szczęśliwi, bo mieli siebie. A Zyta miała tylko cień człowieka. O ile chociaż tyle pozostało z tego dawnego, dobrego chłopca.
Gabriel przesunął się nieco na łóżku, robiąc jej miejsce obok siebie.
— Porozmawiamy?
Niechętnie skinęła głową i opadła na posłanie. Mimowolnie przypomniała sobie dzień, w którym oboje leżeli razem w łóżku w starym pałacu w Wuhan. Wtedy wszystko było równie skomplikowane, jak teraz.
— Też o tym pomyślałaś? — zapytał, ponownie chwytając za rąbek kołdry. Najwyraźniej po torturach został mu jakiś nerwowy tik.
— O czym?
— Wiesz dobrze o czym.
— Nie sądziłam, że też o tym pomyślisz. Byłam pewna, że… No wiesz.
— Że nic nie pamiętam? Nie wiem, czy bym tego nie wolał. A pamiętam wszystko, całe moje życie. W przeciwieństwie do Oskara, wiem, co się ze mną działo. Nim Rytuał Krwi w pełni na mnie wpłynął, kontrolowałem swój gniew i chęć mordu, choć Mustafa wciąż to podsycał. Po tym, co mi zrobili, przestałem nad sobą panować. Było zupełnie tak, jakby moja dusza została zamknięta w wielkiej klatce wewnątrz mnie, a jakiś potwór kierował moim ciałem. A ja patrzyłem przez kraty, tłukłem w nie, lecz nic nie mogłem zrobić. Owszem, pamiętam. I tak bardzo się tego wstydzę.
Zacisnął dłonie w pięści jeszcze mocniej. Zyta nabrała ochoty, by go przytulić, jednak wiedziała, że byłby to bardzo zły ruch. Kto wie, czy nie pozostało w nim coś z tego okrutnego Gaba albo że po prostu jej nie odtrąci. Jawna niechęć bolała ją o wiele bardziej, niż obojętność. Wtedy bowiem zdawała sobie sprawę, że sprawa jest już przegrana.
— Widzisz? — zapytał, unosząc swoje dłonie. Rozluźnił je, a Zyta dostrzegła krwawe ślady po paznokciach. — Nie umiem tego kontrolować. Choć nie jestem już pełnoprawnym Upadłym, dalej odczuwam skutki tortur. Od chwili, gdy Aria mnie uleczyła, budzę się w nocy zlany potem, czasem zdarza mi się nawet wrzeszczeć lub rozwalać meble. Zobacz tam. — Skinął głową w stronę leżących w kącie poszarpanych zasłon. — Rozszarpałem je wczoraj. Nie było tu nikogo, by mnie powstrzymać, a ja się nie kontrolowałem. Po prostu tu stałem i ryłem w nich rękoma jak szaleniec. Boję się sam siebie, Zyto. Boję się, że jeśli wrócę do domu, zrobię krzywdę moim bliskim. Nie wiem, czy nie lepiej było mnie po prostu zabić.
— Nie mów tak! — zawołała i zanim się spostrzegła, już trzymała go za ręce. Czuła krew spływającą po jego dłoniach, ale nie przejęła się tym. Sama miała krew na rękach, oczywiście w tym wypadku w znaczeniu przenośnym. — Nie zasłużyłeś na śmierć, ponieważ, jak mówiła Aria, nic nie było twoją winą. Mustafa cię zniszczył i za to zapłacił, a teraz my wszyscy pomożemy ci znów być takim, jakim byłeś dawniej. Nieważne, Upadły czy nie. Teraz jesteś tym człowiekiem, który był ukryty wewnątrz ciebie, który przez trzy lata walczył ze swoimi demonami, który przegrał przeze mnie, ale który na nowo się odrodził.
Parsknął gorzkim śmiechem.
— Och, Zyto, nic się nie zmieniłaś. Masz większe poczucie winy ode mnie. Dlatego chcę, żeby była jasność – o nic cię nie winię. Zbuntowałbym się prędzej czy później, a kara byłaby taka sama. Dzięki tobie po prostu zrozumiałem, że tkwienie przy Mustafie było błędem. To ty sprawiłaś, że Rytuał Krwi przestał na mnie oddziaływać nawet w tym niewielkim stopniu. Nie ponosisz tu żadnej winy, a ja mogę być ci jedynie wdzięczny.
Skinęła głową, nie bardzo wiedząc, co mogłaby powiedzieć lub zrobić więcej. Jego obecność wciąż ją krępowała, nie potrafiła wyzbyć się z pamięci ani jego oczu pełnych pożądania, ani oczu, które obserwowały ją z chęcią mordu. Chciała go zapytać o to, co dalej, ale obawiała się jego reakcji. Może wcale nie chciał o nią walczyć? Może chciał tylko wrócić do domu i o wszystkim zapomnieć. Zapomnieć o niej.
— Zyto? — szepnął, odwzajemniając uścisk jej dłoni.
— Tak? — wydyszała.
— Myślisz, że my… że mamy jakąś szansę?
Spojrzała mu prosto w te smutne, stalowe oczy, czując, jak serce pęka jej na pół. Dawno nie widziała w niczyim spojrzeniu aż tyle cierpienia.
— Chodzi ci o to…
— Chodzi mi o bycie razem. O ciebie i o mnie. Nie myśl, że o tobie zapomniałem. Nie było dnia, bym o tobie nie myślał. Gdy stałem się pełnoprawnym Upadłym, stałem się również potworem, ale moja dusza uwięziona gdzieś głęboko wspominała tylko ciebie. Ja… nie chciałbym cię stracić, choć wiem, że ciężko jest ci na mnie patrzeć, a co dopiero przebywać blisko mnie. Mimo to… Czy widzisz jakiś cień szansy na to, by kiedykolwiek nam się udało? Byś za kilka lat przyszła do mnie i powiedziała, że jesteś gotowa zacząć od nowa?
Znów jej to robił. Znów niszczył ją cal po calu. A była taka pewna, że nic do niego nie czuje. Że z ulgą pożegna go raz na zawsze i nigdy więcej już go nie ujrzy. To był błąd. Im dłużej przy nim siedziała, tym pragnęła zostać tutaj jeszcze jedną chwilkę. Potem kolejną. I jeszcze jedną. I już nigdy nie puszczać jego dłoni. Może i była głupia, może była naiwna, ale ona też nie potrafiła zapomnieć.
— Gab, ja… — Przysunęła się nieco i, mimo początkowego zawahania, oparła swoje czoło o jego. — Boję się. Boję się przeszłości i tego, jakie będzie miała skutki w przyszłości. Ale za każdym razem, gdy próbuję się od ciebie uwolnić, idzie mi coraz gorzej. Może tak właśnie musi być? Może przeznaczenie zbliża nas ku sobie, choć się przed tym bronimy. Mam być szczera? Już mi to nie przeszkadza, bo zależy mi na tobie i chcę dać nam szansę. Może niedługo w końcu przestanę odczuwać lęk patrząc ci w oczy, może niebawem będę mogła poczuć do ciebie to, co chciałam poczuć już dawno. Ale nie za kilka lat. Nie odkładajmy tego. Chcę spróbować już teraz. Pytanie tylko, czy ty również tego chcesz.
Uniósł jej dłonie i przycisnął do swoich ust. Może się myliła, ale miała wrażenie, że odetchnął z ulgą. Zapewne gdyby teraz spojrzała w jego oczy, już nie dostrzegłaby smutku, a nieopisaną radość. Podejrzewała, że jej oczy wyrażały dokładnie to samo.
— Jestem. Dla ciebie jestem gotowy na wszystko.

***

Aleks ze znudzeniem zaczął stukać palcami w klawisze pianina, nie wiedząc nawet, jaką wygrywa melodię. Bo coś grał na pewno. Był tak zajęty własnymi myślami i wydarzeniami kilku ostatnich tygodni, że przestał interesować się otaczającą go rzeczywistością. A było nad czym rozpamiętywać.
Upadli ostatecznie zostali uwolnieni od przekleństwa, jakim był Rytuał Krwi wzmocniony czarną magią przez Mustafę. Ci, którzy działali z własnej woli, zostali skazani na śmierć lub na dożywocie, w zależności od przewinień. Mogłoby się wydawać, że wszystko było łatwe, przyjemne i kolorowe. Nic bardziej mylnego. Niektórzy Wygnani, gdy minęłam im euforia po wygranej wojnie, wciąż byli sfrustrowani tym, że Upadłym tak po prostu zostały odpuszczone winy i do nikogo najwyraźniej nie docierało, że robili to bez udziału własnej woli. Aleks nie był w stanie zliczyć, ile skarg przyjął w ciągu ostatnich kilku tygodni, ilu ludzi musiał odesłać z kwitkiem, ilu złorzeczeń musiał się nasłuchać. Plusem był jedynie fakt, że Cass nieco się ograniczył w swoich zapędach. Być może w końcu zrozumiał, że świat nie dzielił się tylko na ludzi złych i dobrych. Czego oczywiście nie można było powiedzieć o jego przełożonej, Anastazji, ale póki za mocno nie rozrabiała, Aleks był spokojny.
Namiestnictwo zostało zniesione, więc mógł w końcu wracać normalnie do domu i zacząć się wysypiać. Nawet Aria i Oskar przestali ciągle przesiadywać w Dziesiątym Mieście, które stało się teraz zwyczajnym miasteczkiem ukrytym poza czasem, tak jak pozostałe. Kacey Lynx, pierwsza oczyszczona Upadła, zgłosiła chęć objęcia przywództwa na czas nieobecności Arii, a ta z ulgą przyjęła jej zgłoszenie. Na szczęście mała Lynx okazała się być świetnym przywódcą, podobnie, jak jej rówieśniczka – Marion. Najwidoczniej wszystkie szesnastki miały talent do rządzenia we krwi.
Magda i Nestor wyjechali na długie zasłużone wakacje, zostawiając za sobą przeszłość pełną śmierci, zdrad i samotności. Nikt tak naprawdę nie wiedział, gdzie teraz byli - w dziczy nad Amazonką czy może w gondoli sunącej po weneckich kanałach. Madzia od czasu do czasu się z nimi kontaktowała, ale ograniczała się jedynie do informowania, że żyją i że od wojny nikogo nie zabili, w pełni oddając się relaksowi. Być może to ciąża zaczęła zagłuszać jej mordercze instynkty. Nie była to jednak zwyczajna ciąża, jak do niedawna sądzili, a ciąża bliźniacza. Ponoć Nestor zareagował na nią o wiele bardziej entuzjastycznie, niż jego małżonka. Ciekawe, czy będzie mu do śmiechu, jak maleństwa przyjdą na świat i zaczną się wszystkie te nieprzespane noce.
Gabriel wrócił do Polski, przyprawiając całą swoją rodzinę o wylanie hektolitrów łez, kilka zawałów i próby rozszarpania go na strzępy. Aleks z głęboką satysfakcją stwierdził, że jemu i Zycie powodziło się całkiem nieźle, jak na dawne urazy i całe to piekło, przez które oboje przeszli. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno liczył się z tym, że jeśli oboje zostaną sami z sercami potrzaskanymi na miliony kawałeczków, zacznie się do niej zalecać.
Na wszystkich jednak najbardziej odbiło się nie oczyszczenie Upadłych, a śmierć wielu Wygnanych. Wszyscy wciąż głęboko opłakiwali ich, Yuan i jej rodzinę, a także Abramskich. Nadal ciężko było mu pogodzić się ze śmiercią rodziny Leosi, choć ich ludzie przynajmniej zaznali spokoju. A Abramscy… Póki nie odnajdą ich mordercy, ich dusze będą nieszczęśliwe, ich rodziny zrozpaczone i pozbawione nadziei, a nie zanosiło się na to, by ich zabójca został ujęty. Oczywiście wiedział, że Leosia zrobi wszystko, by go znaleźć i na pewno będzie walczyć najdłużej. W końcu wstąpiła już w szeregi Wygnanych i zadeklarowała się, że będzie ćwiczyć do upadłego, by móc zemścić się za swoje krzywdy. Chciałby jej pomóc, wszyscy by chcieli, ale, no cóż, tkwili w martwym punkcie. Zero tropów. Zero poszlak. A czas mijał i wątpił, by za kilka miesięcy posunęli się choć o krok w rozwiązaniu tej przedziwnej zagadki.
Niby wszystko było w porządku, ale i tak czekało ich ciężkie życie. Witamy w świecie Wygnanych.
— Beethoven.
W progu pokoju stał Apollo. Aleksowi wciąż ciężko było się przyzwyczaić do jego zwyczajnego, ludzkiego wyglądu oraz zwyczajnych ubrań, jakie zwykł nosić, by mógł wmieszać się w tłum. Tego dnia miał na sobie ciemne dżinsy, trapery i białą koszulkę z, jakżeby inaczej, życiową sentencją. Tym razem głosiła ona „jestem biseksualny, a jaka jest twoja super moc?”. Mimo całego tego absurdu, miał ochotę go zapytać, czy i jemu by takiej nie sprawił. 
Dobra, powściągnij konie, Al. Ty jeden w tym związku musisz być normalny. No, przynajmniej względnie normalny.
Chłopak przeszedł przez pokój, rzucił ciepłą kurtkę na fotel, po czym rozsiadł się na łóżku, tak jakby był u siebie, szczerząc się jak opętany.
— Nie wiedziałem, że umiesz grać Beethovena — rzekł, puszczając do niego oczko.
— Stary Ludwik to mój ulubiony kompozytor — odparł, obracając się na krześle, by mógł siedzieć do niego przodem. — Nie wierzę, że tego nie wiesz.
— Oczywiście, że wiem, złotko. Zgrywam się.
— Ładna koszulka, tak w ogóle. Rodzice nie zeszli na zawał, jak ją zobaczyli?
— A myślisz, że dlaczego nie zostawiłem kurtki w holu? Mogą mnie lubić, ale ostrożności nigdy za wiele.
— Mogłeś na przykład w ogóle jej nie zakładać.
— I przytupać do ciebie w takie zimno w samej kurtce? Oszalałeś? Mamy środek jesieni, chłopie!
Przewrócił oczami.
— Nie zaciągnęli cię do rozmowy?
— Twój tata zaproponował mi partyjkę pokera, ale grzecznie odmówiłem. Eryka natomiast dała mi skosztować przepysznej zupy ogórkowej, którą właśnie gotuje. Będę wpadał do was częściej na obiady, obiecuję. Ach, no i jeszcze minąłem się z Leosią, ale nie rozmawialiśmy za długo. Wyszła na zewnątrz i podejrzewam, że zmierza właśnie w kierunku willi Stawskich.
— Po tym, jak zmusiła Cassa do walki u naszego boku, stała się jeszcze bardziej zadziorna. Myśli, że jest panią wszechświata, bo buntownik się przed nią ugiął i teraz bywa częściej w krainach poza czasem, niż we własnym domu.
— Ale przyznasz, że odwaliła kawał dobrej roboty. Być może dzięki niej wciąż żyjemy. Poza tym, to jej świat, Al. Jej rodzina do niego należała, nadal należy, wiec musisz zaakceptować, że chce poznać swoje dziedzictwo.
— Rozumiem to, Apollinie. Po prostu się o nią martwię.
— Każdy się o kogoś martwi. Ale najważniejsze, to nigdy nie ograniczać tej drugiej osoby. Więzienie w klatce jest gorsze, niż pozwalanie jej na podejmowanie ryzyka.
— Och, czyżby? A gdybym ci powiedział, że zamierzam wskoczyć sobie do wulkanu? Nie zechciałbyś mnie wtedy za wszelką cenę od tego odciągnąć?
— Oczywiście, że nie. Oznajmiłbym, że skaczę razem z tobą. To by cię wystarczająco powstrzymało.
Mimowolnie się uśmiechnął, wstał z krzesła i opadł na łóżko obok niego. Apollo oparł głowę na jego ramieniu, nucąc pod nosem melodię, którą Al przed chwilą wygrywał na pianinie. No tak, był byłym bogiem muzyki, byłby w stanie zanucić wszystko. Musiał kiedyś wyzwać go na taki challenge.
— Jak myślisz, co teraz będzie? — zapytał, splatając swoje palce z jego. — Teraz, gdy skończy się ostateczne oczyszczanie Upadłych z Rytuału Krwi, a na świecie w końcu zapanuje pokój?
— Pamiętaj, że są jeszcze buntownicy.
— Sądzisz, że mogą narobić sporo szkód?
— Człowiek nigdy nie jest niczego na sto procent pewien Nie są zepsuci, jak Upadli, ale miałbym się na baczności. Kto wie, co strzeli do głowy Cassowi lub Anastazji. Chociaż Cass przynajmniej jest honorowym człowiekiem. Jednak jestem dobrej myśli i mam wrażenie, że po raz pierwszy od wielu, wielu lat naprawdę będziemy mogli odetchnąć i żyć, tak jak chcemy. Oby tylko mój tatuś nie zaplanował tutaj kiedyś wpaść i narobić rabanu. Kto wie, co strzeli do głowy temu staremu zgredowi. Mam nadzieję, że Hades wystarczająco go pilnuje.
— Apollinie?
— Tak?
— Kocham cię.
Chyba po raz pierwszy powiedział to tak swobodnie i z takim spokojem. Nigdy nie był dobry w wyznawaniu swoich prawdziwych uczuć, nie umiał przemawiać tak pięknie, jak Szulcowie, nigdy nie otwierał się przed ludźmi, tak jak Oskar, nigdy nie był przesadnie ciepły i czuły, jak Jules. Był po prostu Aleksym Kowalczukiem, nieczułym draniem ukrywającym się z prawdziwymi uczuciami, który najpierw robił, potem myślał i który nigdy otwarcie nie przyznałby się, że może być odmieńcem. A tu proszę, taka niespodzianka.
Apollo cmoknął go w czubek głowy. Był pewien, że się uśmiechnął.
— Ja ciebie też, złotko.
Telefon w jego kieszeni cicho zawibrował. Prychając z poirytowaniem, sięgnął po niego i odczytał wiadomość.
— „Kod 2.0, wyjdź przed dom”? — Apollo zerknął mu przez ramię. — O co chodzi?
— To Oskar — odparł, zrywając się na równe nogi. — Ustaliliśmy dwa kody – 1.0 i 2.0. Ten pierwszy dotyczy błahych spraw, o których sobie przypomina, a daje mi znać po to, bym po prostu wiedział, że jego wspomnienia wracają.
— A ten drugi?
Aleks wyciągnął kurtkę z szafy. Powoli zaczynał się denerwować.
— Ten drugi to kwestia wagi narodowej. Chodź ze mną. Skoro Oskar jest przed domem i przypomniał sobie coś ważnego, wszyscy mamy przerąbane.

***

— Panienko Zyto?
— Tak?
— Ktoś do pani. Jacyś… dżentelmeni.
Zyta zmarszczyła brwi. Egon, nowy lokaj, którego zatrudnili rodzice, nie wyglądał na zachwyconego gośćmi, którzy rzekomo czekali na nią przed domem. Słowo „dżentelmeni” wymówił z takim niepokojem, jakby podrzucili mu przed nos zwłoki i poprosili Zytę na rozmowę. Oczywiście domyślała się, kto mógł do niej przyjść, ale za nic w świecie nie potrafiła zrozumieć, czemu Egon jest tym taki zgorszony.
— Już idę, dziękuję.
Zerwała się z łóżka, wybiegła na korytarz i ruszyła w stronę schodów. Serce waliło jej jak oszalałe. Może to Gabriel? Ale z kim by przyszedł? Z Oskarem? I niby czego od niej chcieli? Gdyby zamierzali ją wyciągnąć do drugiego świata, po prostu napisaliby jej SMS-a, a ona w kilka sekund znalazłaby się w willi Stawskich lub w domu Arii. Wciąż nie potrafiła zrozumieć również tego, czemu jej lokaj był tak… zniesmaczony. Zwykle z uśmiechem podchodził do ludzi, nawet gdy ci zbytnio mu nie odpowiadali. To musiał być krytyczny przypadek, skoro sprawiał wrażenie mocno wytrąconego z równowagi.
Przemknęła przez hol, a odgłos jej stóp poniósł się echem po całym domu. Pustki, jak zwykle. Rodzice znów wyjechali, Paweł był w szkole, a służba kręciła się zapewne po kuchni lub najzwyczajniej w świecie poszła już do swoich domów. Gdy Walewskich nie było na miejscu, Zyta dawała wszystkim totalną swobodę, płacąc za ich właściwe godziny pracy i odprawiając do domu, gdy nikt nie był już potrzebny. Nie lubiła ich przemęczać. W ogóle nie pasowało jej to, że musieli mieć służących, ale rodziców nigdy nie przekona do zmiany zdania. Prędzej kupiliby jej słonia. Ale już niedługo się stąd wyniesie, Gabriel jej to obiecał. I zabierze tak daleko, jak tylko się da.
Odetchnęła głęboko i pociągnęła za klamkę. Omal nie wrzasnęła, wyjrzawszy na ganek. Od razu pojęła, czemu Egon zachowywał się tak, jak się zachowywał. Dziwne natomiast było to, że nie zadzwonił na policję.
— O, bogowie — jęknęła.
Gabriel, Oskar, Aleks i Apollo stali przed drzwiami, szczerząc do niej zęby. Po chwili dostrzegła także Arię, wciskającą głowę między braci Malczewskich i również uśmiechającą się tak, jakby zobaczyła świętego Mikołaja. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby oni wszyscy nie byli umazani krwią. Ponadto Gabriel miał obdarte knykcie, jakby spuścił komuś porządne manto, nos Oskara był wygięty pod nienaturalnym kątem, Aleks miał dziurę w spodniach, Apollo rękę owiniętą jakąś brudną szmatą, a Aria rozcięty łuk brwiowy. Wyglądali tak, jakby ostatkiem sił umknęli przed tornadem, choć sprawiali wrażenie pełnych wigoru i energii.
— Cześć, mała! — zawołał Aleks. — W życiu nie zgadniesz, co się odwaliło!
— Chyba nawet nie chcę zgadywać — mruknęła, przyciskając dłoń do serca.
— To my ci opowiemy — oznajmił Apollo. — Oskar i Gab opowiedzieli nam super historię z tobą w roli głównej, a ponieważ była niedokończona, postanowiliśmy sami się tym zająć.
— Przypomniałem sobie, jak opowiadałaś mi o swoim byłym chłopaku — wtrącił Oskar. — No wiesz, tym dupku, który bardzo cię skrzywdził, a który nigdy nie poniósł za to konsekwencji. Potem okazało się, że Gabriel również o tym wie.
— Pomyśleliśmy więc, że trzeba działać — dorzucił Gab. — Zadzwoniliśmy po Aleksa, u którego był Apollo, a potem wpadliśmy po Arię.
— Oczywiście wiedziałam, gdzie ten bydlak mieszka — oświadczyła Aria. — Nie wiedziałam jednak, że wyrządził ci aż taką krzywdę. Dlatego wspólnie uzgodniliśmy, że trzeba zakasać rękawy.
Była pewna, że to jej się śni.
— Co wyście najlepszego zrobili?! — zawołała, wbijając paznokcie w głowę.
— Nic takiego — odpowiedział Al. — Wybity bark.
— Ukruszone zęby.
— Połamane żebra.
— Złamanie otwarte uda.
— Wstrząs mózgu.
— Ale żyje! Choć jest teraz pewnie w drodze do szpitala.
— Potem oczywiście będzie w drodze na policję.
— Bo wiesz, teraz już ma w dupie to, że jego stary jest adwokatem, a matka sędziną.
— Pewnie, że tak! Troszkę go nastraszyliśmy. Jeśli nie złoży zeznań lub piśnie o nas choć słówko, rozwalę mu łeb, a Aria obiecała, że obetnie mu jaja.
— I przekazałam mu to bardzo, bardzo dosadnie. Z obrazkami.
Tak, to na pewno był sen. Piątka ludzi, jej prawdziwa rodzina, właśnie ryzykowała wsadzeniem do kryminału, po kolei obijając jej byłego faceta i grożąc mu śmiercią. Uszczypnęła się w ramię. Nie, wciąż tu stali i patrzyli na nią z niewyobrażalną radością, nadal zakrwawieni i nadal pewni siebie, jakby właśnie ocalili świat przed zagładą.
— Ja… — wydyszała, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć. Podziękować? Strofować ich? Udusić? Nawrzeszczeć na nich?
Aleks podszedł do niej i zarzucił jej rękę na ramię.
— Oj, mała, nie mów, że nie jesteś wdzięczna — rzekł, cmokając ją w policzek.
— Właśnie zostaliśmy superbohaterami, którzy ocalili damę w opałach — powiedział wesoło Oskar, obejmując Apolla i Arię. — To chyba czas na świętowanie, a nie na dąsanie się.
— Po prostu powiedz, że nas kochasz — rzekł Gabriel, puszczając do niej oczko. — Tak mocno, jak my kochamy ciebie.
Poczuła, jak łzy zaczynają płynąć jej po policzkach. Byli kompletnymi wariatami bez skrupułów, ale jak mogłaby być na nich wściekła? Czy ona nie zrobiłaby dla nich tego samego? Była pewna, że nie dosięgną ich żadne konsekwencje. Byli w tym za dobrzy. Liczyło się to, że drań oberwał za swoje. Że znów zostali herosami.
— Cholera, kocham was — jęknęła, zagarniając ich wszystkich w swoje ramiona i zupełnie oddając się łzom. — Kocham was tak mocno, że nawet nie umiem tego opisać.
— Nie opisuj. — Aria chwyciła jej twarz w dłonie i otarła jej łzy. — Po prostu powiedz, czy chcesz się do niego przejść i też mu dokopać, jeśli złamie daną nam obietnicę.
Zyta uśmiechnęła się złośliwie. Ci ludzie byli niemożliwi, ale tak, kochała ich jak diabli.
— Z przyjemnością.
__________

Zyta i Gab w końcu mają naprawione serduszka. Coś czuję, że ich związek będzie piękny. Z pewnością jeszcze kiedyś do niego wrócę.
A Apollo i Aleks to już w ogóle poezja. Potrzebuję napisać coś krótkiego (lub nie) o nich samych, to byłoby spełnienie marzeń :")
Kocham końcówkę tego rozdziału. Jest tak niepoprawna i porąbana, że no nie mogę jej nie uwielbiać. Planowałam ją od bardzo dawna i jestem mega zadowolona z efektu, jak i z całego tego rozdziału.
PS. Jakbym kiedyś wydała książkę, wprowadzę koszulki Apolla do obiegu. One są zbyt idealne, by marnowały się tylko dla niego.

Szablon by Aveline Gross