piątek, 18 sierpnia 2017

Rozdział 29 "Skok stulecia"

Nie miała pojęcia gdzie jest ani czy jest tu sama, ale jednego była pewna – miała poważne kłopoty. Po tym, jak po raz ostatni widziała Aleksa i Apollina, którzy ledwie wyrwali się z łap Lilith, nie pamiętała kompletnie nic. Ktoś ponownie uderzył ją w głowę i tym razem, nie mogła się mylić, straciła przytomność na co najmniej kilkanaście godzin.
Usiadła na prowizorycznym materacu i stwierdziła, że znajduje się w małej celi, w której śmierdziało algami. Musiała być więc niedaleko wody. Było tu tylko jedno okienko, oczywiście zakratowane. Niemożliwe nawet było, by się przez nie przecisnęła. Najwyraźniej Upadli dbali o to, by nikt im się nie wymknął. Nawet ktoś tak chudy jak ona.
Potarła skronie, próbując sobie przypomnieć więcej szczegółów. Siedziała w starej szopie w Lyonie. Zdawało jej się, że kogoś słyszała. Kogoś, kogo wcale nie powinno tam być. Gdy ostatecznie stwierdziła, że tylko jej się wydawało, ktoś na nią napadł i ogłuszył. Tak, to na pewno. Co był potem? Potem było już tylko gorzej. Jak przez mgłę pamiętała, że ktoś wnosi ją na zamek, że pęta ją mocnymi sznurami i wtyka brudną szmatę do ust. Pamiętała Aleksa, który podtrzymywał omdlałego Apollina. Pamiętała jego, zdrajcę, Mustafę, który patrzył na nią z kpiną i wyrazem triumfu na twarzy. Który patrzył na nią tak, jakby już zwyciężył, niezależnie od tego, że dwójka jeńców zdołała mu uciec.
Poczuła, jak zalewa ją krew. Jak ktoś, komu tak bardzo zaufała, kto pokładał w niej wielkie nadzieje mógł tak ją oszukać? Jak mógł oszukać ich wszystkich? Doceniał ją, bronił, zapewniał o tym, że będzie bezpieczna. A potem pokazał swą prawdziwą twarz. Twarz potwora. Twarz Upadłego. Twarz Mistrza.
Jakby w oddali usłyszała odgłos czyichś kroków. Wstała pospieszenie i dopadła do krat. Gdy tylko zobaczyła jego niewdzięczne niebieskie oczy, splunęła na niego. On jednak zbytnio się tym nie przejął, chichocząc cicho i patrząc na nią jak na przekąskę. Wyglądał o wiele dostojniej niż w chwili, w której się spotkali. Teraz miał na sobie bogato zdobioną bordową szatę i długi płaszcz, nieco ciemniejszy od reszty stroju. Jego miecz wciąż był na swoim miejscu – przytroczony do pasa, jakby tylko czekał, aż użyje się go do odrąbania czyjejś głowy.
- Cześć, Mustafo – warknęła, uśmiechając się sztucznie. – Jak tam życie zdrajcy?
- Bardzo dobrze, nie narzekam – odparł. Nawet głos miał inny, jakby cała jego wcześniejsza postać była tylko iluzją. – Poza tym nigdy nie zdradziłem. Zawsze byłem z moimi ludźmi. Już od chwili, gdy dowiedziałem się, kim tak naprawdę jestem.
- A kim jesteś? Oprócz tego, że parszywą gnidą.
Puścił do niej oczko.
- To chyba nie historia na dzisiaj, nie sądzisz? Powiedz mi lepiej, jak się czujesz.
- Jakby cię to obchodziło – prychnęła.
- Oczywiście, że mnie obchodzi. Muszę wiedzieć, że jesteś w pełni sił, jeśli w niedalekiej przyszłości mam odebrać ci twoją moc. No i również twoje życie – dodał po chwili namysłu.
Przebiegł ją dreszcz. No tak, po to tutaj była. Chciał wmusić w nią konkretny Dar, a potem przejąć go za pomocą Miecza Dusz. O to od początku chodziło. Ściągnął ją do Lyonu, miała być jednak sama. Zrobił więc wszystko, by odsunąć ją od Aleksa i może przy okazji go zabić. Na szczęście chłopak uciekł, co dawało jej minimalną szansę na przeżycie, o ile on i reszta ją odnajdą. I o ile zapragną ją odnaleźć.
- Nie ujdzie ci to na sucho – warknęła. – Nie złożysz Miecza Dusz. Nigdy.
- Nie bądź tego taka pewna. Wszyscy już ścigają Juliana Rossa. Dzięki głupocie Apollina każdy Upadły wie, że to jemu został przekazany jeden z fragmentów. A znalezienie tego ostatniego to tylko kwestia czasu. Przykro mi, słońce, ale chyba nici z twojego długiego i szczęśliwego życia.
- Łajdak! – zawołała, wyciągając rękę przez kraty i zaciskając paznokcie na jego policzku. Szarpnęła z całej siły, a po jego twarzy popłynęło kilka kropel krwi. Mustafa cofnął się o krok, przykładając wierzch dłoni do rozciętej skóry. Wcale nie wyglądał na rozjuszonego. Wręcz przeciwnie. Zrobił taką minę, jakby na to właśnie czekał.
- Dobrze, Zyto, bardzo dobrze – wyszeptał. – Buduj w sobie furię. Im więcej jej będzie, tym będę potężniejszy. A teraz musisz mi wybaczyć, obowiązki wzywają. Czas zapolować sobie na kilku Wygnanych. Jednak nie musisz się obawiać, nie zostawię cię tutaj samej. Nie zamknę cię również w tej celi na wieki. Będziesz miała pełną swobodę ruchu, ale jeśli spróbujesz uciec, srogo za to zapłacisz.
Mówiąc to pstryknął palcami. Kraty uchyliły się, dając jej możliwość wyjścia. Czuła, że to pułapka, i że jeśli spróbuje wyjść, źle się to dla niej skończy.
- To byłoby zbyt piękne – fuknęła, dalej stojąc w tym samym miejscu.
- Jak mówiłem, nie będziesz sama.
Tylko to powiedział, w promieniach padających przez okienko ktoś stanął. Wysoki chłopak o ciemnobrązowych włosach i stalowych oczach, który wcale nie wyglądał na zadowolonego z perspektywy, że przyjdzie mu pilnowanie jakiejś małej, rozkapryszonej dziewczynki.
- Gabriela już znasz, prawda? – spytał Mustafa.
- Ciężko nie znać kogoś, kto próbował cię zabić – powiedziała, posyłając Gabrielowi mordercze spojrzenie.
- Też się cieszę, że cię widzę – mruknął, wciskając ręce do kieszeni.
- A więc wszystko jasne. – Mustafa otulił się szczelniej płaszczem i zerknął na swojego podopiecznego. – Zapewnij jej bezpieczeństwo i daj to, o co poprosi. Oczywiście z pewnymi wyjątkami. Pod żadnym pozorem nie zabieraj jej do więźniów i nie daj się omotać. Ma być naczyniem, które da mi moc absolutną. Nie możemy teraz przegrać.
- Nie jestem głupi, Mustafo.
Mężczyzna położył mu dłoń na ramieniu.
- Mam nadzieję. Ostatnio wiele tracimy przez twoją głupotę. Niemniej jednak pomysł z wynajęciem demona był całkiem niezły. Uważaj jednak, byś się nie przeliczył.
Gabriel zbył jego słowa cichym prychnięciem. Mustafa posłał mu ostatnie baczne spojrzenie, po czym odwrócił się na pięcie i wymaszerował z celi, zostawiając ich samych sobie. Gabriel zerknął nieśmiało na Zytę, która ledwie powstrzymywała się od tego, by nie wyszarpać mu miecza i nie odciąć tej jego wielkiej głowy.
- Jesteś głodna? – zapytał, podstawiając jej swoje ramię.

***

Nigdy nawet nie przyszłoby jej do głowy, że w swoim jakże nędznym życiu przyjdzie jej stać na balkonie pałacu w innym wymiarze, będąc jednocześnie więźniem i jedyną nadzieją swoich wrogów na zwycięstwo. Nigdy nie pomyślałaby tez, że ci sami wrogowie zapewnią jej dosyć znośne warunki bytu. Hmm, no tak, dobre warunki na krótko przed egzekucją. Mimo to nie mogła narzekać.
- Gdzie właściwie jesteśmy? – zapytała Gabriela.
Ten oparł się o balustradę i zerknął w dal, jakby oczekiwał, że odpowiedź spłynie z nieba i nie będzie musiał wdawać się z nią w jakiekolwiek konwersacje. Jeśli chodzi o towarzystwo, Gabriel nie był zbyt dobrym kompanem, ale oboje byli na siebie skazani. Jej za nieposłuszeństwo groziła chłosta, a jemu, no cóż, pewnie śmierć. Mustafa może i go cenił, ale na pewno nie zawahałby się go zabić, gdyby ten nie posłuchał jego rozkazów.
- W Wuhan – odparł krótko.
- Czyli Chiny. Ładną lokalizacje sobie wybraliście. Powiedz mi, ile ludzi zginęło, byście mogli się tu osiedlić? Ile ludzi zginęło, by nikt nie dowiedział się, gdzie jesteście?
- Dużo.
- To tutaj są rodzice Arii, prawda? I rodzice Aleksa, i Marion, i wszystkie inne osoby odpowiedzialne za prowadzenie buntu wśród Wygnanych?
- Zadajesz za dużo pytań. Ale tak, to prawda, są tutaj. Zapomnij jednak, że cię do nich zaprowadzę. Mustafa…
- Tak, tak, wiem. Tatuś Mustafa bardzo by się zdenerwował, gdybyś złamał jego rozkazy. Zaraz, wróć, źle mówię. To nie tatuś, to twój alfons. A ty jesteś po prostu jego dziwką.
Gabriel chyba po raz pierwszy od chwili, gdy tu przybyła, zdobył się na nikły uśmiech.
- Czy ktoś ci kiedyś mówił, że powinnaś trzymać język za zębami?
- Zbyt wiele razy. Ale każdy ma swoje wady. Ty na przykład jesteś dupkiem.
Kolejny uśmiech. Szok, to chyba jak dotąd jej największy sukces.
Zerknęła na strój, który znalazła w jednej z szaf. Długa prosta suknia w odcieniu szmaragdów. Od razu się w niej zakochała. Miała nawet podobną, tyle że w bardziej nowoczesnym stylu. Zapewne teraz wisiała w jej szafie, czekając, aż pogryzą ją mole lub rodzice nie postanowią jej wyrzucić. W końcu, jak przeczuwała, nie będzie jej dane wrócić do domu.
Dom. Łzy stanęły jej przed oczami na samo wspomnienie o nim. Choć zawsze na niego narzekała, choć nie potrafiła odnaleźć się w tym sztucznym świecie, tęskniła. Za rodzicami, którzy nie zawsze ją rozumieli, za bratem, który wkurzał ją jak mało kto, za meblami, które przywodziły na myśl dom pogrzebowy. Ale przede wszystkim tęskniła za ludźmi, którzy raz na zawsze odmienili jej życie i którzy sprawili, że w końcu odnalazła prawdziwą siebie. Za Arią, Oskarem, nawet Aleksem, a także za Marion i Julesem. Wiedziała, że być może nigdy już nie będzie jej dane ich zobaczyć, że nigdy nie ponarzeka z Arią na górę prac domowych, że nie zabierze Oskara na kolejny lot samolotem, że nie będzie mogła poirytować Aleksa, że już nigdy nie zamieni z nimi choćby słowa. Może i traktowano ją tu dobrze, może i miała swobodę, jakiej zawsze jej brakowało, ale co z tego, skoro z każdym dniem było coraz bliżej końca. Jej końca.
- Mogę spytać o coś jeszcze? – mruknęła, starając się odgonić łzy. – Kim tak naprawdę jest Mustafa?
- A co cię to obchodzi? – warknął.
- Czysta ciekawość. I tak stąd nie odejdę, dobrze o tym wiesz, więc na pewno nikomu się nie wygadam. Poza tym podsłuchałam niedawno rozmowę kilku Upadłych. Ponoć moi ludzie już wiedzą kim on jest i ma to związek z niejaką Sereną, którą więziliście w Mieście Upadłych.
- Nie więziliśmy jej. Sama siedziała tam bezsprzecznie. Serena chciała być po prostu blisko swojego syna, to wszystko.
- A więc Mustafa jest synem Wygnanej. No proszę. Skąd więc w nim tyle nienawiści, tyle agresji, tyle bólu? Nikt nie staje się Upadłym ot tak.
Wiedziała, że złapał aluzję. Że był to pstryczek w jego stronę. Nie dał się jednak podpuścić, przynajmniej nie w tej kwestii.
- Mustafa jest synem Wygnanej, to prawda. Ale jest też synem Upadłego. Kogoś, o kim na pewno słyszałaś.
Zamyśliła się. Był tylko jeden Upadły, który jako pierwszy przyszedł jej do głowy i o którym od dawna krążyły mrożące krew w żyłach legendy. Tyle że… Nie, to niemożliwe. To musiał być żart.
- Ibrahim? – zapytała z niedowierzaniem. – Mustafa jest synem Ibrahima? Ale to by znaczyło…
- Że Nestor jest jego przyrodnim bratem. – Gabriel skinął głową. – Wspaniała rodzinka, nie ma co.
- Tak samo, jak ty i Oskar – zauważyła. – On Wygnany, ty Upadły. Mustafa i Nestor to wy, tyle że w starszej, bardziej zaawansowanej wersji.
- Błąd – fuknął, zerkając na nią z oburzeniem. – Ja kocham Oskara i dla niego zrobiłbym wszystko. Mustafa i Nestor pozabijaliby się tylko po to, by pokazać, który jest lepszy.
- Więc rzuć to wszystko – poprosiła, widząc swoją szansę na ratunek. – Odejdź od Upadłych. Skoro chcesz ratować brata, czy nie będzie lepiej, jeśli razem odpuścicie?
- Nic nie rozumiesz – bąknął, spuszczając wzrok.
Wyciągnęła rękę w jego stronę, jednak coś ją powstrzymało. To nie tak, że się go brzydziła. Wiedziała, przez co przeszedł i że wciąż zmagał się z samym sobą. Ale mimo wszystko był… dobry. Jeśli pomoże mu odkryć to, co tkwi w nim bardzo głęboko, będzie mogła się stąd wyrwać, jednocześnie ratując jego samego przed ostatecznym upadkiem. W końcu, walcząc z własnym ego, zacisnęła palce na jego ramieniu. Poczuła pod opuszkami palców, jak jego mięśnie napinają się w samoobronie. Najwyraźniej nikt dawno nie dotykał go w taki sposób.
- Gabrielu? – Ponownie na nią spojrzał, a ta uśmiechnęła się nieśmiało. Nie, nie był potworem. Popełnił wiele błędów, ale to nie była jego wina. Nie jego. – Wiem, co cię spotkało. Wiem o tym, co zrobił ci Darius.
Nie spodziewała się, że tak gwałtownie zareaguje. Gdy tylko z jej ust padło imię jego oprawcy, wpadł w szał. Odwrócił się do niej, chwycił mocno za ramiona i pchnął na przeciwległą ścianę. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Na ogół spokojnie i smutne oczy wyrażały teraz prawdziwą furię. Dyszał tak głośno, jakby przebiegł maraton, a po jego karku zaczęły spływać pojedyncze kropelki potu. To, że był wściekły, to mało powiedziane.
- Nie waż się nigdy więcej wspominać o tym człowieku – wysapał, przyciskając ją coraz mocniej do ściany. – Rozumiesz?
- Dlaczego? – Nie chciała go prowokować. Chciała tylko porozmawiać. Jeśli był taki jak Oskar, rozmowa mogłaby mu bardzo pomóc. A tego w tej chwili pragnęła najbardziej. – Bo cię skrzywdził? Mnie też ktoś skrzywdził. Nie odebrał mi człowieczeństwa tak jak tobie, ale sprawił, że przestałam się czuć kobietą, że stałam się brudna i niepotrzebna. Nie tylko ciebie zmieniła przeszłość. Daj sobie pomóc, proszę. Po prostu… po prostu ze mną porozmawiaj.
Gabriel nieco ochłonął i przestał zaciskać dłonie na jej ramionach. Wciąż wyglądał jak rozjuszony byk, ale widać było, że, chyba po raz pierwszy w życiu, jest gotowy na tę rozmowę.
- Zgwałcił cię?
Tak po prostu, bez pardonu, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Był zupełnie taki sam, jak Oskar, choć ten wiele razy zaprzeczał, że ma coś wspólnego ze starszym bratem.
- Tak – odparła hardo. Już dawno przestała się bać o tym rozmawiać. Poczuła się śmielej w chwili, gdy wkroczyła do tego drugiego świata. Gdy okazało się, że jest kimś ważnym. Kimś potrzebnym.
Gabriel sposępniał. Widać było, że jest mu przykro. Że rzeczywiście posiada jakieś ludzkie odruchy. Po chwili wziął ją ostrożnie za rękę i posłał jej przepraszający uśmiech.
- W porządku – powiedział. – Jeśli chcesz gadać, pogadajmy. Oskar był chyba ostatnią osobą, której się zwierzałem z czegokolwiek, a i tak wciąż miałem przed nim tajemnice. Może czas z tym skończyć. Ale ostrzegam – nie jestem zbyt dobrym rozmówcą, nawet wtedy, gdy nikt mnie do tego nie zmusza.

***

- Od zawsze chciałem być taki, jak mój ojciec. Geolog światowej sławy, który miał wszystko, czego chciał. Gdy tylko nieco podrosłem, zacząłem iść w jego ślady. Eksplorowałem jaskinie dniami i nocami, nieprzerwanie dążąc do świetności. Zacząłem przez to zaniedbywać Oskara, ale nigdy nie widziałem w tym nic złego. Aż do teraz. To jednak nieistotne. Istotne jest to, że nic nie odkryłem. Kompletnie nic. Cztery lata temu coś się jednak zmieniło. Pojechaliśmy na wakacje do ciotki, do tego przeklętego, małego miasteczka. Miasteczka, które odmieniło całe moje życie. Odkryłem dziwne anomalie w jaskini pod starą willą Stawskich. Dowiedziałem się od miejscowych o plotkach, jakie krążyły na temat jej ostatniego właściciela. Odkryłem też podróże w czasie, choć na początku w to nie wierzyłem. Liczyło się tylko to, by pokazać tacie, że mogę być taki jak on, a tamta jaskinia wydawała się być ku temu idealna. Te trzęsienia ziemi, złote rozbłyski, zielona mgła. Nie miałem jednak pojęcia, jak to się skończy i że ucierpi w tym Oskar. Gdy nastąpił wybuch, a ja trafiłem do Lyonu, sądziłem, że mój brat nie żyje. Że nie żyje z mojego powodu. Na dodatek trafiłem w łapy Dariusa, który zamienił moje życie w piekło. Torturował mnie dniami i nocami, by wyciągnąć informacje na temat Upadłych. Tyle że ja nic nie wiedziałem. Owszem, słyszałem o nich, ale na tym moja wiedza się kończyła. Korsakowowie nie mieli o tym pojęcia, Darius skrzętnie ukrywał swoich jeńców i rozprawiał się z nimi jak z robakami. Stał się taki po tym, jak Upadli zabili jego brata i obalili rządy w Lyonie, przyczyniając się również do śmierci jego bratanicy. Był wściekły. I całą tę wściekłość wyładował na mnie. Na bezbronnym chłopaku, który nie był niczemu winien.
Gabriel spojrzał w okno, a Zyta pospiesznie zamrugała, próbując odgonić łzy. Owszem, słyszała już wcześniej o tym, co go spotkało, ale słuchanie tego wszystkiego z jego ust było o wiele gorszym doświadczeniem. Jego ból był niemal namacalny. Czuła się tak, jakby była z nim tam, w lochach na zamku w Lyonie, gdzie oszalały z rozpaczy władca tygodniami, może nawet miesiącami znęcał się nad nim jak nad nic niewartym przedmiotem. Jej cierpienie w porównaniu z jego było niczym.
- A potem Mustafa mnie odnalazł. – Na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech. – Wyrwał mnie ze szponów Wygnanych i przygarnął. Nie jest ode mnie sporo starszy, a jednak traktowałem go jak ojca. Jak osobę, która jako jedyna mnie rozumiała, która pomogła mi się wylizać i która zezwoliła mi na zemstę.
- Mustafa to potwór – wtrąciła. – Dlaczego nie pozwolił ci wrócić do rodziny? Czemu cię tu trzymał?
- Myślałem, że mój brat nie żyje. Że wszystko straciłem przez własną głupotę. A on dał mi nadzieję na odkupienie. Dał mi wybór – wrócić do domu albo zemścić się za krzywdy, które mnie dotknęły. Wybrałem drugą opcję. Stałem się Upadłym. W każdym tego słowa znaczeniu.
Zyta złapała go za ramię. Na szczęście jej od siebie nie odepchnął.
- Ale teraz wiesz, że Oskar żyje. Możesz wszystko naprawić, jeszcze nic nie jest stracone. Odeślij Lilith, zaprzestań polowania. Wróćcie razem do domu, zapomnijcie o tym, co was spotkało. Wiedzcie szczęśliwe życie, tak jak tego chciałeś.
- Zapominasz chyba, że będąc Upadłym nie mogę bratać się z Wygnanymi. Poza tym nie widzę dla nas szans. Nasze rasy nas zmieniły. Nie jestem już człowiekiem ani jego bratem. Nigdy nie będę.
Nie wiedziała, jak może go przekonać, że to wszystko da się jeszcze naprawić. Była pewna, że Nestor znalazłby sposób na zdjęcie z niego piętna Upadłego, że wszyscy wybaczyliby mu to, co zrobił, tak, jak ona mu wybaczyła. Nie był potworem. Był ofiarą, jak oni wszyscy. Nie zasłużył na taki los. A choć nadal był dupkiem, widziała dla niego nadzieję na lepszą przyszłość.
Nagle Gabriel wstał i wyciągnął do niej rękę. Ta spojrzała na niego z zaskoczeniem, a chłopak wzniósł oczy ku niebu.
- No co? – fuknął. – Wygadałem się już za wszystkie lata. A ponieważ mnie wysłuchałaś i, co najważniejsze, nie oceniasz moich wyborów, chcę ci coś dać. Co prawda nie wolno mi tego robić, ale czego Mustafa nie zobaczy, to go nie zaboli.
- O czym ty mówisz? – zapytała, marszcząc brwi.
- Chodź ze mną, to ci pokażę.
Posłusznie podała mu dłoń, okazując jedynie względny spokój. Zabrzmiało bowiem to tak, jakby zamierzał zbuntować się przeciwko swojemu panu, narażając się w ten sam sposób na niechybną śmierć. Albo gorzej. Mimo to nie powiedziała ani słowa, podchodząc z nim do drzwi i wychodząc na korytarz. Nie uszli jednak nawet kilku kroków, bowiem ktoś zastąpił im drogę. Dwóch strażników. Nie trzymali w dłoniach mieczy, co znaczyło, że przeszkodzili im tylko w celach pokojowych. Zyta odetchnęła z ulgą. Przez chwilę bała się, że wiedzą, co planuje Gabriel i zamierzają mu przeszkodzić. Spokój ten jednak uleciał jak powietrze z balonika, bowiem mężczyźni rozsunęli się na boki, ustępując miejsca Mustafie, który kroczył spokojnie ku nim. Miał na sobie czarną szatę typową dla Upadłych. W tamtej chwili nie był więc władcą, a wojownikiem. Wojownikiem, który wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie.
Gabriel odsunął od siebie dłoń Zyty, jakby ich bliskość była czymś złym, po czym skrzyżował ręce na piersi i mruknął:
- Cześć, Mustafo. Nie sądziłem, że przyjdziesz tak szybko.
- Pewne sprawy uległy… komplikacji, dlatego lepiej będzie, jeśli wcielimy nasze plany w życie. Mam nadzieję, że nie sprawiłeś Zycie przykrości w czasie, w którym mnie nie było.
- Więcej przykrości sprawiłeś mi ty – fuknęła, patrząc na niego z odrazą. Jej opinia co do niego nie zmieniła się ani o jotę. No, może tylko nienawidziła go odrobinkę bardziej.
Mustafa zachichotał.
- Brawo, Gabrielu. Oto pierwsza kobieta, którą udało ci się uwieść po tym, jak trafiłeś do tego świata.
- Ja nie…
- Nic nie mów. – Mustafa uniósł dłoń, dając mu do zrozumienia, że to nie jego sprawa. – Ale to się nawet dobrze składa. Nie będę potrzebował straży, by zabrać ją nad urwisko.
- Zabrać gdzie? – wyszeptała, rzucając Gabrielowi wylęknione spojrzenie. Ten ponownie uścisnął jej rękę, uśmiechając się do niej nieśmiało. Mimo to uśmiech nie objął oczu, które wyrażały teraz tylko jedno – skrajne przerażenie. Nie tego oczekiwała.
- W miejsce, gdzie przyswoisz swoje moce, złotko. Ale nie bój się. Nie pozwolę, by cię skrzywdzili. Nigdy.

***

Nie sądziła, że owo „urwisko” będzie prawdziwym urwiskiem. Co więcej. Nie przypuszczała, że będzie ono dokładnym odwzorowaniem miejsca z jej snu, który miał miejsce zaraz po tym, jak ją i Aleksa uprowadzono do Lyonu. Snu, który wcześniej kompletnie niezrozumiały, teraz nabrał większego sensu. Jak żywo pamiętała ucieczkę przed kimś, kogo nie znała i nie widziała. Pamiętała, jak wybiegła na tę właśnie polanę, jak stanęła na krawędzi, wpatrując się we wstęgę rzeki, która chlupotała kilkanaście metrów pod jej stopami, jak cofnęła się nieco, po czym wzięła rozbieg i rzuciła się w dół, znikając tuż przed zanurzeniem się w lodowatej wodzie.
O to chodziło. Taki Dar miała przyswoić. Nie wiedziała tylko jednego. Na co był on potrzebny Mustafie.
- Już rozumiem – powiedziała, patrząc ze smutkiem na rzekę z jej snu.
Mustafa, który stał nieopodal niej na maleńkim wzgórzu, uśmiechnął się szyderczo. Tłum otaczających go Upadłych zafalował, jakby nie mogli się doczekać, by zobaczyć jej spektakularny skok.
- Więc miałaś sny, prawda? Podejrzewam jednak, że nie wiesz wszystkiego. Nie wiesz na przykład, że zależy mi na Darze teleportacji. Na Darze, który, wzmocniony Mieczem Dusz, pozwoli mi przenosić się w dowolne miejsce ukryte poza czasem. Nie będę już potrzebował astrolabium. Jedno pstryknięcie i już jestem tam, gdzie mi się żywnie podoba. Dlatego teraz proszę cię, skocz. Skocz i przenieś się gdzie tylko będziesz chciała. Oczywiście nie uciekniesz z Wuhan, więc i tak cię znajdziemy. Nie licz na to, że nas przechytrzysz.
Upadli parsknęli śmiechem, a Zyta zacisnęła pięści. Owszem, mogła skoczyć. Wierzyła w to, że uda jej się zyskać pożądaną przez nich moc. Wiedziała jednak, jak to skończy się dla innych. Dla Wygnanych. Zostaną wyrżnięci w pień. Mając taką moc Mustafa znalazłby ich na nawet na końcu świata, a oni nigdy by go nie schwytali. Nie chciała tego. Nie chciała być odpowiedzialna za śmierć setek, może tysięcy niewinnych, wśród których znaleźliby się ludzie, na których jej zależy.
- Wiesz co, Mustafo? – mruknęła, odwracając się do niego i dumnie wypinając pierś. – Moja odpowiedź brzmi: nie. Nie zrobię tego.
Jego błękitne oczy zwęziły się niebezpiecznie. Wyglądał teraz tak, jakby ugodziła w niego do żywego. Najwyraźniej jeszcze nikt nigdy nie sprzeciwił się jego rozkazom. Wiedziała, co to oznaczało – że nie ujdzie jej to płazem.
Mustafa skinął dłonią na jednego ze swoich ludzi. Kojarzyła go, widziała go już w twierdzy w Wuhan. Miał na imię Orion. Mężczyzna wygiął kąciki ust w niecnym uśmiechu, po czym kopnął stojącego przed nim Gabriela. Ten, kompletnie nie spodziewając się ataku, upadł na kolana, patrząc z niedowierzaniem na Mustafę. Orion wyciągnął miecz i, chwyciwszy Gabriela za włosy, przycisnął mu ostrze do krtani.
- Wiesz, co się teraz stanie – powiedział spokojnie Mustafa, jakby grożenie śmiercią swojemu gwardziście było dla niego codziennością. – Skocz, albo zobaczysz, jak jego głowa potoczy się po skarpie.
- Nie skrzywdzisz go – wydyszała, patrząc z przerażeniem na Gabriela, który próbował się uwolnić.
- Nic nie jest tak ważne, jak mój cel – odparł. – Nie obchodzi mnie, ile ludzi zginie, głupia dziewczyno. Czyżbyś jeszcze nie pojęła, do czego jestem zdolny, by osiągnąć to, co dla mnie najważniejsze?
Zyta napotkała stalowe spojrzenie Gabriela i przełknęła ślinę. Nic dla niej nie znaczył. Był kolejnym Upadłym, który prędzej czy później odwróci się do niej plecami i zostawi ją na pastwę losu. Ale czy aby na pewno? Czy on nie był inny? W końcu udało się jej go poznać. Nie był jak Upadli. Był dobry i czuły, a co najważniejsze, był w stanie walczyć z własnymi demonami. Widziała to w jego oczach. Widziała, że naprawdę chciał z tym skończyć, choć nie potrafił. Jeśli mógł być jedną z nielicznych osób, które może ocalić, może warto było zaryzykować.
- Kończy mi się cierpliwość! – wrzasnął Mustafa. Wyglądał teraz tak jakby oszalał. Orion natomiast nieco mocniej przycisnął ostrze do szyi Gabriela.
Zawahała się, ale to szybko minęło, bowiem chłopak wyszeptał coś, co kompletnie ją zniszczyło:
- Nie rób tego, Zyto. Choćbym miał zginąć, nie waż się tam skoczyć.
Zyto. Zwrócił się do niej po imieniu.
Nie zważając na to, jakie piekło ją czekało, odwróciła się na pięcie i skoczyła, myśląc tylko o jednym – by po chwili znaleźć się obok niego i zasłonić go przed ostrzem, które zamierzało go jej odebrać.

__________

Nawet nie macie pojęcia, jak bardzo kisłam, pisząc ten rozdział. Ale przynajmniej Gabriel zyskał w moich oczach, bo pokazał, że potrafi okazywać uczucia, zwłaszcza, gdy zostaje sam na sam z kimś, kto potrafi nim potrząsnąć. A Zyta zrobi to jeszcze nie raz, zapewniam. Co nie zmienia jednak faktu, że chłopak zachowuje się jak... baba. Wiecznie niezdecydowany. Może w końcu zauważy, że Mustafa go wykorzystuje i że nie obchodzi go jego los. Tylko że wtedy będzie już za późno. Sorry not sorry.
Niemniej jednak... Szkoda mi go. Musiał się bardzo wycierpieć, gdy przez ponad rok Darius znęcał się nad nim i próbował wyciągnąć jakieś informacje, o których ten nawet nie miał pojęcia. Liczę na to, że czeka go okrutna śmierć. Bardzo okrutna. To właśnie na niego Gab wynajął Lilith, także no - pani demonico, proszę się pospieszyć i powiesić Dariusa za jaja.
I nie, wcale nie zaczęłam shipować Zyty z Gabrielem. Skąd Wam to w ogóle przyszło do głowy? :")


piątek, 11 sierpnia 2017

Rozdział 28 "Pożeracz światów"

Nawet nie próbował sobie wyobrazić, jak w tamtej chwili mógł czuć się Nestor. W końcu nie co dzień człowiek dowiaduje się, że ma przyrodniego brata, który zamierza zniszczyć cały świat. Co prawda sam niedawno brata odzyskał, ale sytuacja jego oraz sytuacja Nestora były zupełnie różne. Łączyło ich natomiast jedno brzemię – mieli w rodzinie psychopatów, którzy już dawno postradali zmysły.
Oskar zerknął na Serenę, która stała przy oknie swojego tymczasowego mieszkania i obserwowała, czy nie zbliżają się żadni Upadli. To była tylko kwestia czasu, zanim zorientują się, co się wydarzyło i przybędą, by ich zaatakować. Choć większość z nich była rozsiana w każdym z miast, kilku pozostało tutaj, by zając się odbudową twierdzy stojącej po drugiej stronie, którą ojciec Arii zniszczył własnoręcznie (i mówiąc „własnoręcznie” naprawdę miało się to na myśli). W każdej chwili mógł więc nastąpić atak. Nestor jednak uparł się, by zostać tu chwilę dłużej, a Oskar wcale mu się nie dziwił. Gdyby to dotyczyło jego rodziny, też nie ruszyłby się stąd nawet w chwili, gdyby Aria zechciała zepchnąć go w czeluści Tartaru.
- Dlaczego z nim nie uciekłaś? – zapytał Nestor, rzucając Serenie wściekłe spojrzenie. – Może gdybyś to zrobiła, nigdy nie dopadliby was ludzie Ibrahima, a Mustafa nigdy nie stałby się potworem.
- Stałby się nim i tak – szepnęła, obejmując się ramionami. – Ojciec za bardzo na niego wpłynął, a gdybym uciekła, za bardzo by się na mnie zawiódł. Już i tak mnie nienawidził, nie chciałam dolewać oliwy do ognia. Poza tym sądzisz, że Upadli by nie odpuścili? Że nie szukaliby nas nawet wtedy, gdybyśmy zniknęli w XXI wieku? Polowaliby na nas przez całe swoje życie, a to tylko pogorszyłoby stan Mustafy. Albo by mi się wyrwał, albo wydał mnie Upadłym, bym zgniła w więzieniu. Tak przynajmniej mogłam przy nim być.
- Na niewiele się zdało to twoje bycie przy dziecku – fuknęła Magda – skoro i tak wyrósł na bestię.
- Były momenty, w których nad nim panowałam – zapewniła. – Były chwile, w których stawał się synem, o jakim marzyłam. Potem jednak wtrącali się Upadli. Zabierali go ode mnie, a gdy wracał, był innym człowiekiem. I tak przez wiele, wiele lat, aż do dnia, w którym obalił uzurpatorów i wyszedł z ich cienia, niszcząc to, nad czym tak pieczołowicie pracowali Wygnani.
- Ujawnił się, gdy ci zaczęli znikać – podsunął Jules. – I to z dnia na dzień, dlatego nasi ludzie tak szybko ginęli i nie potrafili nad tym zapanować. Atak nadszedł znienacka, a Mustafa dobrze się do niego przygotował.
- Wiedziała pani, że jest potomkiem boga śmierci? – zapytała Marion. Przez cały ten czas ostrzyła jeden ze swoich sztyletów o niewielki kamień, jakby w każdej chwili miała się rzucić na Serenę i podciąć jej gardło. – Wiedziała pani, że będąc Upadłym i posiadając taką moc osiągnie władzę, jakiej nie miał nikt?
Serena pokręciła głową.
- Na początku nie wiedziałam. Prawda wyszła na jaw dopiero później, gdy w trakcie wojny Nestor odszukał Ibrahima w Rzymie.
Wszystkie pary oczu spoczęły na Nestorze, który wzruszył obojętnie ramionami.
- Po tym, co wydarzyło się w Lyonie, wyruszyłem na poszukiwanie ojca – wyjaśnił, a na jego twarzy pojawiła się dziwna zaciętość. – Chciałem się na nim zemścić za wyrządzone krzywdy. Od dawna wiedziałem o mocy Anubisa, która we mnie drzemała, dlatego byłem pewien, że dam mu radę. Znalazłem go. Ukrywał się w Rzymie, jak przestraszony kundel. Jednak mimo tego, co zrobił, nie byłem w stanie z nim walczyć. W czasie naszej kłótni dowiedział się jednak o mojej mocy, co dało mu do myślenia. Dzięki temu pojął również, że Mustafa także jest obdarzony tym darem. Dlatego znów uciekł. By cię odnaleźć i przekazać ci wieści.
Serena przytaknęła i już miała coś powiedzieć, gdy Aria wpadła jej w słowo:
- Zaraz, co cię obchodziła niedola, jaka spadła na Lyon? Nie byłeś jeszcze wtedy po naszej stronie, nie interesowało cię to, co działo się wtedy z moim ojcem, z moją matką, z rodzicami Marion, a także z jej ciotką. Dlaczego chciałeś się więc mścić na Ibrahimie?
Nestor zbladł i zacisnął pięści na kolanach tak mocno, że lustro wiszące naprzeciwko Oskara eksplodowało, rozsypując się po posadzce. Magda, widząc jego wściekłość, położyła mu dłoń na ramieniu. Furia Nestora natychmiast zniknęła. To zabawne, że działali na siebie w tak kojący sposób, skoro oboje byli chodzącymi bombami zegarowymi.
- Trzeba im powiedzieć – szepnęła Magda. Nestor prychnął coś niezrozumiałego pod nosem, a kobieta przewróciła oczami. – Dobrze, ja to zrobię. Mylisz się, złociutka – dodała, zerkając na Arię. – Nestor miał wiele wspólnego z tamtym wydarzeniem. Wszyscy wiedzą, że w wybuchu zginęła wtedy ciotka Marion, Camille. To dzięki niej waszym rodzicom udało się uciec. Niewielu jednak wie, że Camille była dziewczyną Nestora.
Z gardła Marion wyrwał się cichy jęk, jednak pozostali zachowali absolutną ciszę, wpatrując się w Nestora jak w ducha. Ten ukrył twarz w dłoniach, jakby próbował ukryć się przed całym światem, jakby chciał odgrodzić się od oskarżeń, jakie w każdej chwili mogły popłynąć w jego stronę. Nic się jednak nie stało. Nikt nie rzucił się na niego z oskarżeniami, nikt nie zaczął wywiadu, nikt nie palnął głupiego żartu. Oskar początkowo nie wiedział, czym było to spowodowane. Przecież Marion, jak i on, musiała się domyślić, że gdyby Nestor był przy jej ciotce, ta być może by przeżyła. Wszyscy znali historię Camille i wiedzieli, że nie troszczył się o nią nikt o imieniu Nestor, że nie zbratała się z synem najokrutniejszego Upadłego. Znając jej charakter, powinna chwycić go za gardło i oskarżyć o to, co spotkało jej rodzinę. Ta jednak milczała, patrząc na niego nie ze złością, a z… politowaniem. Właśnie wtedy Oskar zrozumiał, że nie była wściekła. Było jej go po prostu żal.
- Kochałeś moją ciocię? – zapytała znienacka.
Nestor zerknął na nią zza rozstawionych palców. Ewidentnie był zaskoczony jej reakcją, bowiem wyglądał tak, jakby ofiarowała mu w podzięce za wszystko bukiet kwiatów.
- Kochałem – odparł. – Czy kocham nadal… Nie wiem. Ale kochałem.
- Szukałeś zemsty?
- Tygodniami, jednak ojciec Arii mnie ubiegł.
Marion skinęła głową, jakby te odpowiedzi w pełni ją satysfakcjonowały.
- Nie winię cię o nic, Nestorze – powiedziała spokojnie. – Dobrze, że Camille miała kogoś w tych okrutnych czasach. Miałeś popaprane życie i nie obchodzi mnie to, dlaczego wtedy cię przy niej nie było. Skoro twoim ojcem jest Ibrahim, podobnie jak ojcem Mustafy, powinnam być szczęśliwa, że trafił mi się ten lepszy z braci.
Nestor posłał jej wdzięczny uśmiech. W tej samej chwili Aria poderwała się na równe nogi. Zrobiła to tak szybko, że aż zakręciło się jej w głowie. Gdyby Jules jej nie złapał, zapewne upadłaby na posadzkę. Jej twarz gwałtownie pobladła, a ręce zaczęły drżeć.
- Upadli – wyszeptała, chwytając Julesa za koszulę, próbując w ten sposób pohamować swoje niekontrolowane ruchy ramion. – Idą tu. Czuję to.
Po chwili zerknęła na Oskara, który poczuł się tak, jakby poraził go prąd. Doskonale wiedział, co oznaczało to spojrzenie.
- Gabriel też tu jest – dodała, a on omal nie wrzasnął z frustracji. Tego właśnie się spodziewał – że będzie musiał stanąć naprzeciw brata i albo przekonać go do zmiany stron, albo go zabić.
Zabić brata.
Magda i Nestor poderwali się jako pierwsi, wyciągając miecze i podbiegając do okna, by móc wypatrzeć wrogów. Marion pospieszyła za nimi, odpychając Serenę brutalnie na bok, jakby była zwykłym przedmiotem. Najwyraźniej nie przypadła jej do gustu jeśli chodzi o archetyp matki idealnej. Oskar natomiast chwycił Arię za drugie ramię i przerzucił je sobie przez szyję. Skinął Julesowi głową i mruknął:
- Poradzę sobie, ty lepiej przygotuj się do walki. Jesteś bardziej użyteczny w defensywie.
Chłopak posłał mu badawcze spojrzenie, jakby próbował doszukać się podstępu. Po chwili kiwnął jednak głową i przeniósł cały ciężar Arii, która cicho jęczała, wciąż powtarzając jedno słowo – Upadli – po czym wybiegł na taras, by stawić czoła nadchodzącym wrogom. Oskar wiedział, co chodziło mu po głowie. Nie chciał zostawiać swojej byłej dziewczyny w rękach kogoś, kogo dopiero co poznała. Kogoś, kto dopiero wkroczył do świata Wygnanych. Zupełnie mu się nie dziwił. Jednak jeśli pomyślał, że chce być przy Arii tylko po to, by ją chronić, grubo się mylił. Owszem, nie przeżyłby, gdyby coś jej się stało, ponadto wciąż miał u niej dług wdzięczności i niewątpliwie bardzo ją lubił. Był jednak jeszcze jeden, dość istotny powód – pilnując Arii, nie mógł stanąć do walki z Gabrielem. Wiedział, że oszczędziłby go, choć ten pewnie nie zawahałby się ani sekundy.
- Nie bój się – szepnął, chwytając ją w pasie i przyciskając usta do jej czoła; było rozpalone. – Wszystko będzie dobrze.
- Nie boję się – odparła hardo, choć nogi dygotały pod nią jak galaretka. – Mam ciebie.
W innych warunkach te słowa zadziałałyby na niego krzepiąco. Teraz jednak wcale go nie pocieszyły.
- Musimy stąd uciekać – zarządził Nestor, po czym odskoczył od okna i ruszył w stronę wyjścia. – Możemy przenieść się do innego wymiaru tylko ze wzgórza za miastem, więc musimy się pospieszyć. Nie widzi mi się walka z hordą Upadłych.
- A co z Arią? – zapytała Marion, podchodząc do przyjaciółki i ocierając jej spocone czoło. – Dlaczego tak zareagowała?
- Jest mocno związana z Miastem Upadłych – wyjaśniła Serena, która wciąż stała w kącie i bacznie ich obserwowała. – Poza tym atak ślepej furii wciąż mocno na nią oddziałuje. Zaraz jej to minie, musicie dać jej trochę czasu.
- Musisz uciec z nami – powiedziała Magda, zerkając na kapłankę. – Nie zostawimy cię tutaj. Upadli cię zabiją.
- Ta pokręcona starucha nigdzie z nami nie idzie – fuknęła Marion; jej oczy błysnęły gniewem. – Jeśli ktoś zasługuje na śmierć, to właśnie ona. A wraz z nią jej synalek.
- Marion! – oburzyła się Magda, jednak Serena przerwała jej uniesieniem dłoni.
- Ona ma rację, tutaj jest moje miejsce. A jeśli Upadli postanowią się mnie pozbyć, przyjmę karę z pokorą. Idąc z wami tylko naraziłabym was na większe niebezpieczeństwo, a nie chcę tego robić. W przeciwieństwie do mnie, nie zasłużyliście na śmierć.
Magda rzuciła Serenie ostatnie rozpaczliwe spojrzenie, jednak widząc jej upór i delikatny uśmiech malujący się na twarzy, odpuściła. Złapała Marion za ramię i pociągnęła ją za sobą. Oskar, wciąż tkwiąc z Arią w domu, zerknął na Serenę. Sam nie wiedział, co o niej myśleć, ale nie był wściekły. Doskonale wiedział, co ambicje ojców robią z ich dziećmi. To nie ją należało potępiać, a Ibrahima, który zgotował swoim synom prawdziwe piekło.
- Lećcie – powiedziała, popychając go lekko w stronę drzwi. – Nie traćcie czasu.
- Proszę na siebie uważać – mruknął.
Serena posłała mu dobrotliwy uśmiech.
- A ty uważaj na siebie, dziecko. Widzę w tobie wielkiego wojownika, ale widzę również, że masz wiele obaw. Życie Wygnanego to obowiązki, fakt, ale to również prawdziwy zaszczyt, a patrząc na ciebie wiem, że będąc tutaj możesz wiele zdziałać. Nie tylko w swoim życiu, ale również w życiu innych.
Oskar mimowolnie zerknął na Arię. Wyglądała nieco lepiej, choć wciąż była blada jak ściana. Stanęła nieco pewniej o własnych nogach i skinęła mu głową. Dawno nie widział u jakiejkolwiek kobiety takiego uporu, ale również tak wielkiego smutku czającego się w oczach. To właśnie widząc ten smutek podjął decyzję. Decyzję, która miała zmienić całe jego życie.
- Wiem, co oznacza bycie Wygnanym – oznajmił, wciąż wpatrując się w Arię, choć słowa kierował do Sereny. – Wiem, co się z tym wiążę. Ale jestem gotowy, by dźwigać te brzemię. Nie dla ze względu na siebie, ale ze względu na ludzi, którzy na mnie liczą.
Mógł przysiąc, że Aria zacisnęła dłoń nieco mocniej na jego barku. Nie wiedział, czy był to gest aprobaty czy może wymierzenie kary, ale jednego był pewien – nie żałował swoich słów.
Żyj jak Wygnany. Walcz jak Wygnany. Umieraj jak Wygnany.
Rzucając Serenie ostatnie spojrzenie, pociągnął za sobą Arię i wyszedł na zewnątrz. To, co tam zobaczył, przerosło jego najśmielsze oczekiwania. Na placu poza nimi nie było nikogo, jednak w oddali, ze wzgórza, z którego przybyli, zbiegała setka wojowników odzianych w czarne szaty. Każdy z nich dzierżył w ręku miecz, kilku pędziło na koniach, które były już niemal u bram. Nie mieli szans, by uciec tą samą drogą, a tylko z tamtego wzniesienia mogli przenieść się do innego świata. Byli w potrzasku, a ich jedyną opcją był bieg w stronę lasu lub próba odszukania Ogrodu Życia. Z wcześniejszych opowieści Arii wiedział, że tutaj Ogród działał na innej zasadzie i za każdym razem pojawiał się w innym miejscu. Równie dobrze mogło dzielić ich od niego kilkanaście kilometrów.
- Jakieś dobre pomysły? – spytała Magda.
- Aria nie może walczyć – powiedział Oskar. – A musimy ją bronić za wszelką cenę.
- Nie gadaj głupot – mruknęła, odpychając go od siebie i próbując stanąć o własnych siłach. Na jej szczęście, że postanowił wciąż ją trzymać, bowiem nie minęło kilka sekund, jak ponownie się zachwiała i z całej siły wbiła palce w jego koszulę, by nie upaść. – Dobra, cofam to – burknęła, dysząc ciężko. – Teraz wasza kolej na akt heroizmu.
- Julian! – zawołała Marion, po czym podbiegła do chłopaka i złapała go za fraki. – Zmień się, błagam, zmień!
Wybałuszył oczy, jakby kompletnie postradała zmysły.
- Zwariowałaś? Wiesz, że wciąż nie mam dość siły, by przemienić się w coś, co może nam pomóc. Po każdej akcji ze smokiem potrzebuję czasu, by naładować akumulatory.
- Chociaż spróbuj – jęknęła, dalej szarpiąc go za ubranie. – Proszę, zrób to dla nas, dla mnie. Pomogę ci, zrobię wszystko, byś nie cierpiał, tylko coś zrób.
Nagle coś przecięło powietrze, a Marion krzyknęła. Krótka strzała wbiła się w jej łydkę, na szczęście nie na tyle głęboko, by powalić ją na ziemię. Mimo to zachwiała się, a Jules chwycił ją w ramiona, zerkając ponad jej głową. Oskar również spojrzał w tamtym kierunku i poczuł, jak na karku jeży mu się włos. Upadli dosiadający koni byli już prawie na placu. Nie widział wśród nich swojego brata, ale wiedział, że może gdzieś się tam czaić. Zostały im zaledwie sekundy, by podjąć decyzję.
- Jules! – wrzasnął Nestor, zerkając na niego z niepokojem. – Działasz?
Chłopak spuścił głowę, napotykając spojrzenie stalowych oczu Marion. Ta, wciąż wpatrując się w niego z determinacją, pochyliła się nieco i wyszarpała strzałę z łydki. Choć krew zaczęła sączyć się po jej nodze, nie narzekała, nie płakała, patrząc na Julesa tak, jakby miała zamiar go spoliczkować, by dać mu motywację. Oskar wiedział jednak, że więcej motywacji nie będzie mu potrzeba. Aria zdążyła opowiedzieć mu o tym, dlaczego ona i Jules zerwali oraz o tym, jak bardzo on i Marion ostatnimi czasy zbliżyli się do siebie. Więc jeśli ktoś miał zmusić go do zmiany w potężne zwierzę, było to właśnie Marion, a zwłaszcza Marion, która była ranna.
Był pewien, że za chwilę ujrzy potężnego smoka o skrzydłach wielkości budynków oraz ogonie długim jak rzeka. Jednak zamiast łusek, jego ciało zaczęło pokrywać jasnobrązowe futro, palce przemieniły się w ostre pazury, a twarzy wydłużyła się, ustępując miejsca pyskowi pełnemu wielkich zębów. Wilk. Nie był to jednak taki zwykły wilk standardowych rozmiarów. Wyobraźcie sobie, że stajecie przed domkiem o parterze, piętrze i okazałym dachu. Nagle dom zaczyna się ruszać, a jego rysy przeistaczają się w dzikie zwierze, którego oczy, napotkawszy wasze, wyrażają tylko jedno – chęć mordu. Tak właśnie wyglądał w tamtej chwili Jules – jaki wielki dom o morderczych zamiarach.
Konie, na których siedzieli Upadli, zarżały z przerażenia, stając dęba i zrzucając z siebie swoich jeźdźców. Reszta wojowników, która dopiero wpadła na plac, wrzasnęła na widok olbrzymiego wilka, który wpadł w furię i zaczął miotać łbem na boki, próbując staranować wrogów. Gdy ci nieco się odsunęli, nie chcąc znaleźć się w zasięgu jego pazurów, Jules odwrócił łeb i wskazał nim na swój grzbiet. Oskar poczuł, że robi mu się niedobrze. Najpierw lot samolotem, potem podróż między wymiarami, a teraz jazda na wilku wielkości stajni. Przy następnym środku transportu jego żołądek może nie wytrzymać. Mimo to pokuśtykał z Arią wciąż wspartą na jego ramieniu do najbliższej łapy, by móc wspiąć się po niej na grzbiet przyjaciela. Nestor pomógł Marion wstać, a Magda osłaniała ich przed ewentualnym atakiem, który był raczej niemożliwy. Jules skutecznie odstraszał wszystkich niepożądanych gości. Co zabawne, nie przeszkadzał mu nawet ogień, którym potraktowało go kilku Upadłych, zupełnie tak, jakby pod futrem miał smoczy pancerz. A może był jakąś hybrydą? Połączeniem smoka i wilka. Smowilk? Tak, to brzmiało bardzo wiarygodnie.
Oskar pomógł Arii wspiąć się po miękkiej sierści. Na szczęście była na tyle przytomna, by móc wejść na grzbiet bez większych problemów. Miał właśnie podążyć za nią, gdy dobiegł go czyjś śmiech i krzyk, który zmroził mu krew w żyłach.
- Dokąd to, Oskarze?! Nie przywitasz się z bratem?!
Odsunął się od Julesa i wystąpił naprzód, zupełnie nie zwracając uwagi na okrzyki Magdy, która kazała mu uciekać. Zaledwie kilka metrów od niego stał Gabriel, który w tej właśnie chwili musiał robić za przywódcę Upadłych. Nie wyglądał na przerażonego faktem, że ma przed sobą olbrzymiego wilka, który jednym ugryzieniem może pozbawić go głowy. Bardziej był zainteresowany bratem, bowiem to na nim skupiał całą swoją uwagę. Wyglądał na zmęczonego życiem. Cienie pod jego oczami pogłębiły się, włosy straciły blask, a w źrenicach czaiło się szaleństwo, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widział. Ręce miał wciśnięte do kieszeni, jakby nie obawiał się jakiegokolwiek ataku.
- Tak sądziłem, że jeszcze się zobaczymy – szepnął, kiwając głową na swoich ludzi, by ci nieco się cofnęli. O dziwo, posłuchali. Najwyraźniej Gabriel musiał być wysoko rangą. – Wiedziałem, że nasze drogi znów się zejdą.
- Wnioskowałeś to po tym, że mnie znasz? – zapytał, czując, jak krew buzuje mu w żyłach. – Czy może po tym, że zaczynasz grzebać mi w głowie?
Gabriel wykrzywił wargi.
- A więc słyszałeś? Zabawne, bo ja słyszałem ciebie. Błagałeś mnie, bym do ciebie wrócił, bym zrezygnował, bym odpuścił. Wybacz mi, braciszku. Najpierw zemsta, a potem może pogadamy o pojednaniu.
- Nie mam zamiaru jednać się z mordercą! – wrzasnął. – Aria miała rację. Jesteś potworem, którego nikt nie okiełzna. Gdybyś miał choć trochę rozsądku, moglibyśmy stąd uciec, wrócić do domu, do rodziców. Pewnie nawet nie pamiętasz, jak wyglądają.
Gabriel zrobił taką minę, jakby Oskar dźgnął go mieczem w pierś.
- Nie waż się mówić, że zapomniałem o rodzicach – wycedził. – Nie zapomniałem również o jednej, dość istotnej rzeczy. O tym, że mnie torturowano, że sprawiono, iż postradałem zmysły. Dzięki Mistrzowi mogę wymierzyć sprawiedliwość temu, który mnie skrzywdził, który nas rozdzielił. Mam po swojej stronie moce, o jakich nie śniłeś. Moce, które nie dosięgną ciebie i twoich przyjaciół, ale które sprawią, że osiągnę to, o czym od dawna marzyłem. A potem… Potem znów moglibyśmy być braćmi.
Oskar pokręcił głową. Coś w nim pękło. Jeszcze kilka minut temu byłby skory mu wybaczyć. Ale nie potrafił. Widok jego twarzy i obłędu czającego się w oczach uświadomił mu, że nie ma dla niego ratunku.
- Upadły zawsze pozostanie Upadłym – wyszeptał, cofając się o krok. – Przykro mi, bracie. Nigdy nie będzie między nami tak, jak dawniej.
- A więc wybrałeś już swój los. – Gabriel pstryknął palcami, na co pięciu mężczyzn wystąpiło do przodu, wciąż niepewnie obserwując Julesa, który patrzył na nich z apetytem. – Bierzcie Szulc. Jedną już mamy, czas na dziedziczkę Hadesa.
- Zaraz… co? – Oskar rozłożył ręce na boki, blokując drogę Upadłym – Czy ty… czy ty mówisz o Zycie?
Gabriel uśmiechnął się nieznacznie, choć był to raczej uśmiech pełen bólu, aniżeli triumfu.
- Owszem, braciszku – mruknął obojętnie. – Plan Mistrza się powiódł, a twoja Zyta należy do niego. Dlatego uważam, że nie ma sensu, byś stawiał opór. Nawet jeśli teraz nas powstrzymasz, wrócimy. Silniejsi i bardziej okrutni. Chcemy tylko Arii.
- Podstępne skurwysyny! – wrzasnęła Aria. Siedziała już na grzbiecie Julesa, ale gdyby nie Magda, zeskoczyłaby na ziemię i rozerwała Upadłych na strzępy nie zważając na swój stan. – Macie oddać nam Zytę! Ona nie jest niczemu winna! To przecież nie jej wojna!
- Gdyby to nie była jej wojna, nie byłoby jej tutaj – odpowiedział spokojnie Gabriel. – Do dzieła, panowie – dodał, patrząc na swoich ludzi. Ci skinęli głowami i dali kolejny krok do przodu, wciąż niepewnie obserwując Julesa, który gotował się do skoku nie zważając na to, że ma na sobie kilku pasażerów. Oskar wiedział jednak, że to nie Julesa w tej chwili powinni się bać, a jego. Na myśl o Zycie poczuł, jak pęka mu serce. Złapali ją. Mimo tych wszystkich starań, by zapewnić jej bezpieczeństwo, zawiódł na całej linii. A teraz oni ją zabiją. Przez niego. Przez to, że ją opuścił.
Zacisnął pięści, które stanęły w ogniu. Przez chwilę mógł dostrzec wyraz przerażenia malujący się na twarzy Gabriela, który szybko ustąpił miejsca mściwej satysfakcji. To tylko bardziej go rozjuszyło. Teraz płomienie liznęły również jego ramiona, a gdy tylko usłyszał wrzask Arii i jej cichy płacz, rozniosły się po całym jego ciele. Nawet tego nie poczuł. Nie czuł, że stanął w płomieniach, nie przejął się tym, że w normalnych warunkach już by nie żył. Nic już go nie obchodziło. Mają Zytę. Chcą odebrać mu jeszcze Arię. O nie, na to nie pozwoli. Nie straci kolejnej osoby, na której mu zależało, którą obiecał bronić za wszelką cenę. Gdyby Gabriel ją dorwał…
Upadli najwyraźniej nie przestraszyli się jego płonącego ciała, bowiem z nieco większą pewnością ruszyli ku Arii, od której dzielił go właśnie on oraz potężny Jules. To był ich pierwszy błąd. Gdy Upadli znaleźli się w zasięgu jego pola rażenia, z całej siły uderzył pięściami w ziemię. Ta zadygotała, a spomiędzy wyżłobień między kostkami bruku wystrzeliła ściana ognia, dokładnie w tym samym miejscu, w którym stali Upadli. Pewnie nie sądzili, że amator może załatwić ich w tak banalny sposób, bowiem na sekundę przed tym, nim stanęli w płomieniach, na ich twarzach odmalował się szok. Ich wrzaski niosły się echem po całej dolinie, aż w końcu umilkły, zostawiając po sobie tylko zwęglona ciała. Jednak na tym się nie skończyło. Ogień niesiony wściekłością rósł z każdą chwilą, pędząc w stronę pozostałych Upadłych. Nie strawił ich jednak, a otoczył, rozdzielając kawalerię i piechotę na dwie części, tym samym torując przejście dla Julesa.
- Na co czekacie, idioci?! – wrzasnął Gabriel; po jego oczach widać było, że wpadł w prawdziwą panikę, choć za wszelką cenę starał się tego nie okazywać. – Magowie ognia, pozbądźcie się tego!
Kilku mężczyzn i dwie kobiety podbiegło do ściany pożogi, bez zawahania w nią wskakując, by wchłonąć cały ten ogień. Oskar był pewien, że przyjdzie im to z dziecinną łatwością, w końcu jego moc w porównaniu z ich Darami była niczym. Ponownie jednak nie docenił swojej siły i furii. Gdy tylko magowie wkroczyli w płomienie, zaczęli wrzeszczeć, jakby ich własny żywioł obrócił się przeciwko nim, jakby był ponad ich siły. Oni również stali się ofiarami niszczycielskiej potęgi, padając bez tchu, by niknąć w pożarze niczym w  paszczy lwa.
Oskar poczuł, że miękną mu kolana. Nie spodziewał się, że doprowadzi do czegoś takiego. Że jedna chwila przerażenia może spowodować wybuch. I to dosłownie. Upadli próbowali przeprawić się przez jego barierę, za wszelką cenę starając się nie skończyć jak ich towarzysze, jednak na nic się zdały ich działania. Gabriel złapał za swój miecz, jednak go nie wyciągnął. Zamiast tego przejął właściwości metalu, sprawiając, że jego dłonie i ramiona przybrały szary, matowy kolor. Próbował w ten sposób przedostać się na drugą stronę, jednak nawet jego próba spaliła na panewce, bowiem szybko odskoczył, gasząc płonące ręce na szacie stojącego obok żołnierza. Chłopak podniósł wzrok, a stal jego oczu spoczęła na Oskarze. Ten przełknął głośno ślinę. Jeśli kiedyś widział brata w stanie ślepej furii, absolutnie się mylił. Dopiero teraz pojął, czym jest prawdziwa wściekłość.
- Lilith! – zawołał, wpatrując się w niebo. – Moi ludzie cię potrzebują!
Oskar wolał nie czekać, by dowiedzieć się, kim jest ta Lilith. Odwrócił się na pięcie i wskoczył na łapę Julesa, klepiąc go w łydkę.
- Biegnij! – zawołał, chowając twarz w jego futrze. Ten zawył głośno i rzucił się do ucieczki, przebiegając przez ścianę ognia i pędząc w stronę wzgórza za miastem. Oskar, czując, jak wiatr rozwiewa mu włosy, zaczął mozolnie wspinać się na grzbiet przyjaciela. Gdy dotarł na górę i napotkał przerażone spojrzenie Arii, która patrzyła na niego tak, jakby był widmem człowieka, odniósł dziwne wrażenie, że gdzieś poza jej ramieniem, na środku płonącego placu, poza wściekłym bratem, setką rozsierdzonych wojowników i uśmiechnięta Sereną, dostrzegł wysoką smukłą kobietę, która wpatrywała się prosto w jego oczy. Oczy, które mówiły tylko jedno. Znajdę cię.

***

Jules z hukiem opadł na podłogę. Nie był już gigantycznym wilkiem, a sobą, choć nadal czuł w ustach dziwny posmak, jakby musiał koniecznie na coś zapolować. Na przykład na antylopę. Potrząsnął głową, by doprowadzić się do porządku, po czym rozejrzał się po pokoju. Znów byli w Rzymie. W tym przeklętym Rzymie, którego miał powoli dosyć. Obok niego siedziała Marion, wciąż trzymając się za krwawiącą łydkę. Bez wahania doczołgał się do niej, urwał kawałek koszuli i obwiązał go wokół jej rany, chcąc zatamować krwawienie. Zerknął na nią z niepokojem i mimowolnie się uśmiechnął, widząc grymas malujący się na jej twarzy. Nie był to bowiem grymas bólu, a grymas irytacji.
- Jak to jest, że zawsze, gdy tylko ktoś mnie zrani, nawet odrobinkę, ty przemieniasz się w wielkie bydle, które sieje postrach wśród Upadłych?
- Taka moja ukryta umiejętność – mruknął. – I nie odrobinkę, moja droga. Za pierwszym razem cię otruto, a teraz omal nie straciłaś nogi. Centymetr wyżej i musiałbym ci ją odgryźć.
- Żadnego gryzienia, proszę.
Usłyszał czyjś szloch. Odwrócił głowę i spojrzał na Arię, która kiwała się w ramionach Oskara. Chłopak głaskał ją po głowie, powtarzając słowa otuchy. Już nie płonął ani nie roztaczał wokół siebie śmierci, co było w pewien sposób pocieszające, ale wiedział, że nigdy nie pozbędzie się z głowy tego widoku. Widoku ludzi padających w płomieniach.
Wstał na chwiejących się nogach i podszedł do Arii, klękając obok niej. Kątem oka dostrzegł, jak Magda próbuje uspokoić Nestora, który chodził po pokoju i bluzgał pod nosem, rwąc sobie włosy z głowy. W ogóle mu się nie dziwił. Gdyby był na jego miejscu, już dawno straciłby nad sobą panowanie.
- Aria? – szepnął, kładąc jej dłoń na policzku. Dziewczyna podniosła wzrok, zaciskając pięść nieco mocniej na koszuli Oskara. Jej na ogół czekoladowe oczy wyglądały tak, jakby wdarły się tam demony – były niemalże czarne.
- Zabrali mi ją – wyszeptała. – Z-zabrali Zytę. Zabiją ją, oni…
- Ciii… - Oskar cmoknął ją w czoło, wciąż kołysząc ją w rytm tylko jemu znanej melodii. – Wszystko będzie dobrze. Nie dopuścimy do tego, by zrobili jej krzywdę. Znajdziemy ją. I znajdziemy też Aleksa, a potem twoich rodziców. Będzie tak, jak dawniej. Obiecuję.
- Mnie nie musicie już szukać.
Wszyscy spojrzeli w kierunku, z którego dobiegł znajomy głos. Jules poczuł, jak żołądek ściska mu się z przerażenia. Między półkami stał Aleks. Miał na sobie nową szatę, jego policzek był rozcięty, a kurtka poplamiona krwią i szlamem. Do tego śmierdział tak, jakby wykąpał się w kanałach. Nie był sam. Na jego ramieniu opierał się Apollo, który ledwie słaniał się na nogach. W złote włosy wkradły się siwe kosmyki, a przód koszuli został rozszarpany; przez dziury leniwie toczyła się krew. Bóg wyglądał tak, jakby umierał, a przecież nie było to fizycznie możliwe. W każdym razie tak było kiedyś.
Jules podbiegł do niego i chwycił za drugie ramię. Nestor również stanął obok nich, asekurując Aleksa, który sam ledwie stał o własnych siłach. Chciał pomóc mu iść, jednak ten odmówił. Na jego twarzy malowało się coś więcej, niż szok. To była żądza zemsty.
- Odszukam go – warknął Al, rozpaczliwie przyglądając się wszystkim twarzom osób obecnych w bibliotece. Wyglądał tak, jakby oszalał. – Odnajdę Mustafę, wyrwę mu serce, a potem rozszarpię je na kawałki i rozrzucę na polach Miasta Upadłych. Za Zytę. Za Apolla. Za nas wszystkich.

__________

Wiecie co? Ja już nawet nie wiem co mam pisać pod tymi postami. Poważnie. Więc po prostu polecę tak, jak zwykle - będę rzucać jakimiś głupotkami.
Ten rozdział, to w sumie była jedna wielka improwizacja. Następne już taką nie będą, bo właśnie wchodzimy na ten etap, gdzie wszystko skrupulatnie planuję już od kilku miesięcy. Tak, wiem, to chore.
Dobra, nieważne. Początkowo rozdział miał być pisany z perspektywy Julesa w całości, ale jakoś nie mogłam znaleźć mu tu podłoża i z tego zrezygnowałam. A Oskar... No chłopak nam tutaj poleciał. Jego moc coraz bardziej zaskakuje i może jeszcze nie raz zaskoczy. Jedno jest pewne - nie wzięła się znikąd.
A Jules od dzisiaj zostaje moim "małym" futerkowym przyjacielem. Chciałabym mieć takiego psiaka wielkości domu, serio. Zanim zaczniecie pytać, skąd pomysł na wilka, i to jeszcze takiego wielkiego, spokojnie, wyjaśnię. Nie dzisiaj, ale wyjaśnię.
Ach, tuliłabym.
Radzę Wam też pomodlić się za Apolla. Jak tak dalej pójdzie i nasze słoneczko będzie częściej przebywać przy Aleksie, może marnie skończyć, a tego byśmy nie chcieli, prawda?
PS. Następny rozdział poświęcę... Zycie. Tak, zgadza się, nie zamierzam zostawiać Was w niepewności co do jej osoby. Sama chyba bym umarła, gdybym nie pokazała, co się z nią dzieje.

piątek, 4 sierpnia 2017

Miniaturka#5

20 lat wcześniej

Wyszła na taras, z niepokojem rozglądając się po placu. Cisza. Martwa cisza, tak niepodobna do okrzyków paniki i jęków bólu sprzed kilku tygodni. Wciąż nie potrafiła się ich pozbyć. I pomyśleć, że gdyby nie Ibrahim, dołączyłaby do tych, którzy zniszczyli miasto, do tych, którzy zginęli w płomieniach i deszczu z krwi. Że gdyby nie moc jej męża, ona i jej syn mogliby skończyć o wiele gorzej niż tylko z nocnymi koszmarami.
A może jednak było zupełnie inaczej? Może śmierć była lepsza niż koszmary?
- Mamo?
Odwróciła się przez ramię, a jej żółta suknia zaszeleściła. Tuż za nią stał mały chłopiec o dużych, niezwykle jasnych, błękitnych oczach, niesfornych ciemnobrązowych włosach i pociągłej twarzyczce. Wyglądałby jak zwyczajne dziecko z dobrego domu, gdyby nie fakt, że w lewym ręku trzymał martwego kruka, zaś w prawym – ostry sztylet zbryzgany krwią.
- Mustafo! – zawołała, podbiegając do niego i wyrywając mu ostrze z ręki. - Coś ty narobił?!
- Denerwował mnie – mruknął. Nie wyglądał jednak na speszonego, a na bardzo dumnego z siebie. – Ciągle przylatywał i chciał jedzenia, stukając dziobem w parapet. A ja chciałem tylko w spokoju poczytać.
Przyklęknęła przed nim i mocno go objęła, starając się pohamować łzy. Było z nim źle, z każdym dniem coraz gorzej. Próbowała to przerwać. Robiła wszystko, by wychować go na porządne dziecko, które nie skończy tak, jak jego ojciec. Ale to właśnie z winy ojca stał się tym, kim się stał. Potworem.
Wyciągnęła go na długość ramion, próbując odnaleźć w tych niesamowitych oczach coś… normalnego. Coś, co przypominałoby ją samą. Niestety, im dłużej się w niego wpatrywała, tym więcej znajdowała cech Ibrahima.
- Skarbie – zaczęła, starając się odnaleźć w głowie odpowiednie słowa. – Nie można pastwić się nad zwierzętami. A gdyby była tam jego matka? Gdyby rzuciła się na ciebie po tym, co zrobiłeś jej dziecku? Nie możesz stwarzać zagrożenia dla siebie i innych, nie możesz znęcać się nad słabszymi.
- To nie znęcanie się – odparł chłopiec; na jego twarzy wciąż malowała się powaga. – To ukazywanie prawdziwej dominacji i tego, kto rządzi na tym świecie.
Zamknęła oczy. Wszystko miał od ojca. Spijał nawet słowa z jego ust. Jak mogła być taka głupia? Jak mogła nie zauważyć, że jej mąż zamienił się w bestię, która pociągnęła za sobą ich syna? Ich jedyne dziecko, które przecież miało nie zostać skażone brudem Upadłych.
- Zabraniam ci tak mówić – powiedziała z groźbą w głosie, uchylając powieki i rzucając mu piorunujące spojrzenie. – Będziesz dobrym człowiekiem, rozsądnym chłopcem, który w przyszłości będzie zaprowadzał pokoje, a nie dążył do wojny. Jeśli nie zmienisz swojego postępowania, odeślę cię do Turynu do twego wuja, który nauczy cię dyscypliny.
- Nie strasz dziecka, Sereno. Wszyscy dobrze wiemy, że tego nie zrobisz.
Wstała, stając twarzą w twarz ze swoim mężem. Wyglądał okropnie, jednak nie pod względem fizycznym, a psychicznym. Na pierwszy rzut oka było widać, że jego dusza umiera. Mimo to próbował się uśmiechnąć na widok ukochanej i syna. Ten odwrócił się od matki i, odrzuciwszy martwego ptaka, podbiegł do Ibrahima, rzucając mu się na szyję. Mężczyzna zachichotał i chwycił go w ramiona, podnosząc tak wysoko, jak tylko zdołał.
- Oj, chłopcze, robisz się coraz cięższy – powiedział, posyłając mu dumne spojrzenie. Odstawił go na ziemię i zerknął na żonę. – Karmisz go kamieniami?
Serena nawet nie próbowała się uśmiechnąć, czekając, aż Ibrahim odprawi ich syna i zostanie z nią sam na sam, by powiedzieć coś, co ją zniszczył. Czuła to. Czuła, że nie przyszedł tu po to, by spędzić z nimi czas. Przyszedł, by się pożegnać.
- Zabiłem kruka! – zawołał Mustafa, wskazując palcem na martwe stworzenie. – Jednym ciosem!
Ibrahim poklepał go po głowie, jakby wcale nie był tym zgorszony, jakby w ogóle mu to nie przeszkadzało. No tak, był Upadłym. Chciał, by jego syn zabijał, lecz nie ptaki, a ludzi.
- Mój mały rycerz – powiedział, szczerząc do niego zęby. – Idź do swojej komnaty, dobrze? Za chwilę do ciebie przyjdę i będziesz mógł opowiedzieć mi o swoim wyczynie.
Chłopiec skinął z entuzjazmem głową, po czym wbiegł do środka, nawet nie zaszczycając matki spojrzeniem. Gardził nią, to było pewne. Starał się zachowywać pozory jedynie ze względu na ojca i na dawne przywiązania.
- Nie powinieneś go nagradzać – szepnęła, gdy zostali sami.
Ibrahim zmarszczył brwi, obserwując ją z uwagą. Po chwili podszedł do niej i ujął w dłoń jej podbródek. Nie sprzeciwiła się. Nawet gdyby się na to zdobyła, to i tak nic by nie zmieniło.
- Wypiękniałaś – rzekł, wpatrując się w jej bursztynowe oczy.
- Och, dajże spokój! – zawołała, odsuwając się od niego. – Mów, po co przyszedłeś. By mnie zniszczyć? By zabrać mi syna? By ruszyć na rzeź i nigdy z niej nie wrócić?!
Ostatnie zdanie wykrzyczała, kompletnie przestając nad sobą panować. Nie był to ten Ibrahim, w którym się zakochała, który był dobrym człowiekiem, któremu zależało na innych ludziach, ale wciąż go kochała, wciąż jej na nim zależało, niezależenie od tego kim się stał i co zrobił z ich życiem. Choć były dni, w których życzyła mu śmierci, teraz była gotowa zrobić wszystko, by odsunąć go od wojny.
Ibrahim chwycił ją w ramiona, tuląc do swojej piersi. Mogła przysiąc, że nie słyszała bicia jego serca, jakby już dawno wyrzucił go w piach.
- Wiesz, że muszę odejść – powiedział, owiewając oddechem jej ramię. – Wiesz, że to moja wojna i moi ludzie, muszę ich poprowadzić i dać im szansę na zwycięstwo.
- A co z twoją rodziną? Co z twoim synem? Z twoimi dwoma synami – dodała po chwili, starając się, by jej głos nie zadrżał.
- Nestor mnie zdradził. Wciąż obwinia mnie o śmierć Heleny. Wybrał swoją drogę, ja wybrałem swoją, nie jest mi już nic winien. Jeśli chodzi o was… Przyznaj, Sereno. Chciałaś, bym odszedł. Chciałaś, bym zostawił twojego syna w spokoju i nie mianował go moim następcą.
- Nie! – Wiedziała, że do jej głosu wdarła się rozpacz, jednak na cofnięcie słowa było już za późno. – Nie – powtórzyła nieco ciszej. – Nigdy nie chciałam, byś odchodził. Chciałam tylko mieć normalną rodzinę. Naprawmy to, proszę. Dajmy sobie szansę. Ty odejdziesz od Upadłych, a to zmieni Mustafę. Nasz syn nie będzie już żył w przekonaniu, że ma jakąś misję, że musi iść w twoje ślady. Proszę, jeszcze możesz się wycofać.
Ibrahim złożył na jej czole delikatny pocałunek, po czym szybko się od niej odsunął. Widząc zaciętość malującą się na jego twarzy, wiedziała, że przegrała tę walkę i nie wygra już żadnej innej.
- Wybacz mi – powiedział, dając krok w tył. – Wybacz, że nie dałem ci takiego życia, o jakim marzyłaś. Wybacz mi, że nasz syn odziedziczył po mnie więcej, niż sądziłem.
- To nie wina dziedzictwa, a twojego wychowania – warknęła. – Jaki ojciec zabiera kilkuletnie dziecko na polowanie i pokazuje mu, jak skręcić kark zwierzęciu? Jaki ojciec wpaja synowi, że Wygnani są przekleństwem tego świata i należy ich wykarczować? Jaki ojciec bije małego chłopca za to, że ten niewłaściwie trzyma miecz? Ibrahimie, on ma dziesięć lat!
- I wyrośnie na wojownika. Na takiego, jakiego zawsze pragnęłaś mieć. Na mordercę.
- Jak śmiesz?!
Rzuciła się na niego z pięściami. Jeszcze nigdy nie zareagowała w ten sposób na jakiekolwiek jego słowa. Zawsze kwitowała wszystko skinieniem głowy lub obojętnym wzruszeniem ramiona. Zawsze posłuszna, zawsze uległa. Jednak coś w niej pękło. Po raz pierwszy odważyła się mu przeciwstawić.
Na niewiele jednak zdała się jej walka. W końcu była tylko kapłanką, a jej mąż wyszkolonym zabójcą, który na co dzień parał się w odrąbywaniu głów swoich wrogów. Błyskawicznie odskoczył w bok, po czym stanął za nią i wyciągnął miecz, przystawiając go jej do szyi. Na swoim ramieniu poczuła silny uścisk jego dłoni, który uniemożliwiał jej jakiekolwiek ruchy.
- Nie sądziłem, że posuniesz się do czegoś takiego – zacmokał. – Ale pamiętaj. Nawet po mojej śmierci nie zrobisz z Mustafy potulnego baranka. Moi ludzie go znajdą i zabiorą. Zostaniesz sama, tak jak w dniu, w którym cię poznałem. Chcesz tego? Chcesz stracić syna i mnie jednego dnia?
- Nie zrobisz tego! – wrzasnęła, płacząc i szamocąc się w jego uścisku, mimo ostrza ocierającego się o jej krtań. – Nie jesteś potworem, Ibrahimie. Kochałam cię, nadal kocham. Musisz tylko wszystko naprawić. Proszę, bądź taki, jak dawniej. Proszę…
- Niczego nie da się już naprawić – odparł. – Dawno spaliłem za sobą ten most, czas pobudować przed sobą drugi. Bądź blisko naszego syna, moja droga. Być może niedługo zniknie z twojego życia na zawsze.
- Ucieknę i nawet twoi ludzie mnie nie znajdą. Przysięgam.
Ibrahim schował miecz i pchnął ją na filar. Serena uderzyła w niego dłońmi, jednak nie upadła, dalej hardo trzymając się na nogach i wpatrując się w męża z odrazą. Tak, to prawda, kochała go. Ale równo mocno go nienawidziła.
- Jeszcze się przekonamy, piękna. – Wycofał się na schody, wciąż bacznie ją obserwując. – Powiedz Mustafie, że musiałem pilnie wyjechać i nie mogłem się z nim pożegnać. Liczę na to, że zmienisz swoje zdanie i moi ludzie nie będą musieli was rozdzielać. Dziecko pozbawione matki będzie cierpieć, lecz zrobię wszystko, co konieczne, byś nie zniszczyła moich planów względem niego.
Mówiąc to skłonił się przed nią, odwrócił się na pięcie i przeszedł przez ogród z dumnie uniesioną głową, by po chwili zniknąć za bramą prowadzącą na Pole Marsowe. Serena czuła, jak jej nogi drżą, jednak nie pozwoliła sobie na słabość i nie osunęła się po ścianie na ziemię, płacząc cicho i modląc się nad swoim losem. Zamiast tego zacisnęła mocno pięści i, wpatrując się w miejsce, w którym zniknął jej mąż tyran, wyszeptała:
- A ja liczę na to, że zginiesz i że pociągniesz za sobą wszystkich Upadłych. Miłego dnia, Ibrahimie. Oby już nigdy nie było dane mi cię zobaczyć.

__________

Powiem tak - patologia. Chyba przestanę od dzisiaj narzekać na mojego ojca. Przy Ibrahimie jest tatusiem na medal.
Choć nienawidzę Mustafy, z jednej strony mu współczuję. W końcu to Ibrahim zrobił z niego potwora i naprowadził go na ścieżkę zła i nieprawości. Z Nestorem mu się nie udało, ale jak widać jego drugi syn był o wiele bardziej podatny. Wierzcie mi, cechy wpajane tak młodemu dziecku zostają na bardzo długo i już nie jesteśmy w stanie się ich pozbyć. Dochodzi też kwestia tego, że Mustafa odziedziczył ciemną stronę anubisowej mocy, a Nestor - jasną. To przechyliło szalę. Mimo wszystko nasz biedny Upadły nadal jest największą szują ever.
Być może zastanawiacie się, czy Mustafa został odebrany matce po śmierci Ibrahima, czy jednak ta uciekła z małym i ukryła się przed ludźmi męża, dopóki ten nie dorósł i nie został nowym władcą Upadłych, przenosząc Serenę do Dziesiątego Miasta. Tutaj o tym nie wspomniałam, by ładnie zakończyć miniaturkę, jednak dowiecie się wszystkiego w następnym rozdziale już za tydzień.
PS. Dla ciekawskich, akcja tej miniaturki rozgrywa się na kilka godzin po tym, jak Julek wygnał Ibrahima z Karnaku w poprzednim opowiadaniu w rozdziale 5.

Obserwatorzy