piątek, 20 października 2017

Rozdział 38 "Wszystkie nasze wielkie słabości"

Z obrzydzeniem spojrzała na talerz pełen zimnej zupy stojącej na stoliku. Nie dlatego, że wydawała się być niesmaczna. Powód był inny, może głupi, ale w końcu nic nie było takie, jak kiedyś. Jedzenie już nie kojarzyło jej się z przyjemnością. Nie po tym, jak ją do niego zmuszali. Gdy po torturach, jakie zadali Gabrielowi i nawet nie zapewnili, że ten wciąż żył, oświadczyła, że zagłodzi się na śmierć, byleby tylko nie dopuścić do przejęcia władzy przez Upadłych. Na początku potraktowali ją łagodnie. Kilka uderzeń w twarz. Groźby. Nie obeszło ją to. Dalej głodowała. Potem jednak zdarzyło się coś, co z jednej strony sprawiało, że jedzenie było potworem spod łóżka, a z drugiej ostatni wybawieniem od cierpienia.
Przygryzła wargę, zerkając na swoje palce. Dwa nastawione, został jeszcze jeden. Jak przez mgłę pamiętała, że gdy Mustafa osobiście złamał jej kciuk, zemdlała. Potem zemdlała ponownie, gdy własnoręcznie go sobie nastawiła. Nigdy nie czuła takiego bólu, nigdy nie musiała przechodzić przez coś takiego ani się uodparniać. Za drugim razem jednak była silniejsza, a przy przesuwaniu się kości jedynie cicho jęknęła. Co czekało ją teraz? Może następnym razem, gdy coś jej złamią, nawet się nie skrzywi. Podejrzewała jednak, że gdy zobaczą, jak sobie radzi i że dalej próbuje głodować, połamią jej ważniejsze kości, albo po prostu zmiażdżą jej kręgosłup. W końcu mogła zostać kaleką nawet bez nóg i rąk. Najważniejsze, by żyła do dnia, aż Miecz Dusz zostanie w pełni złożony. Sądząc po emocjach, jakie panowały wśród Upadłych, ten dzień zbliżał się nieuchronnie.
Wcisnęła twarz w poduszkę i zacisnęła na niej zęby, po czym z całej siły szarpnęła za środkowy palec prawej ręki. Zakręciło jej się w głowie, a niemalże pusty żołądek obrócił się jak na karuzeli. Mimo to powstrzymała się od wrzasku, zaciskając szczęki nieco mocniej na miękkim materiale. Gdy pierwszy szok minął, a ból zamienił się w tępe, pulsujące uderzenia, opadła na posłanie, wpatrując się beznamiętnie w sufit. W brzuchu jej zaburczało. Powinna coś zjeść, inaczej znów ją skrzywdzą, a miała dosyć tego całego cierpienia. Musiała liczyć na cud i na to, że Aria wkrótce po nią przybędzie, wyrywając ją ze szponów tych bestii. Albo że chociaż nie dopuści do tego, by Miecz Dusz stał się prawdziwą bronią. Inaczej byłaby skończona.
No tak, jakby już nie była.
Obróciła się na bok i położyła swoją posiniaczoną dłoń tak, by nie narażać jej na kolejne urazy. Mimowolnie pomyślała o Gabrielu. To właśnie tutaj nie tak dawno leżał, obserwując ją z uwagą i gładząc jej rude kosmyki. Czuła się tak, jakby to było wczoraj. Jakby wczoraj zapewnił ją, że mają szansę stąd uciec, jakby wczoraj podjął się tej samobójczej misji, która doprowadziła do tego, że on został poddany niewyobrażalny torturom, a ją znów zamknęli w tej przeklętej komnacie przywodzącej na myśl tyle wspomnień. Zarówno tych pożądanych, jak i niechcianych. A co, jeśli go zabili? Jeśli te męczarnie ostatecznie sprawiły, że wyzionął ducha, oddając życie za nią, za Wygnanych. Nie, nie mogła tak myśleć. Był silny. Silniejszy, niż sądziła. Przetrwał już jedne katusze, dlaczego teraz miałby się tak łatwo poddawać. Musiał żyć. Dla niej. Potrzebowała go. Bardziej, niż kogokolwiek innego. Ale czy on o tym wiedział? W końcu zapewniła go, że nic do niego nie czuje. Może ostatecznie stwierdził, że nie ma sensu się dla niej poświęcać, skoro ta nie może dać mu tego, czego pragnął. Może poddał się, bo była zbyt głupia, by się przed nim otworzyć.
- A może wyjawisz nam wszystkim dlaczego, co? Wyjaw nam, czemu zdradziłeś swoich ludzi.
- Ponieważ ją kocham.
Ze złości poderwała się z posłania, rzucając się łapczywie na miskę pełną jedzenia. Ponieważ prawa ręka nie była zbyt sprawna, chwyciła łyżkę lewą ręką i nabrała olbrzymią porcję zupy, wpychając ją do ust. Nie była to najsmaczniejsza z rzeczy, jaką kiedykolwiek jadła, ale dało się ją przełknąć. Poza tym głodny człowiek nie powinien narzekać. Usiadła na podłodze, przysuwając talerz bliżej siebie i pochłaniając resztę potrawy. Nie sądziła, że może być aż tak głodna. Nie sądziła też, że odczuje taką ulgę, mając coś do przegryzienia. Nigdy nie brakowało jej jedzenia. Zawsze miała to, co chciała. Zawsze wszystko podtykano jej pod sam nos. Jak nazywał ją Aleks? Księżniczka z porcelany. Kiedyś ją to irytowało. Teraz zdała sobie sprawę, że gdyby Upadli wysłali ją na kilka dni do lasu, samą, bez prowiantu i ciepłego ubrania, zginęłaby w ciągu kilkunastu godzin. Albo z zimna, albo rozszarpana przez dzikie zwierzęta. Prawda była taka, że nie umiała sobie radzić w trudnych warunkach, w końcu nikt jej tego nie nauczył. Co z tego, że sprawnie machała mieczem, skoro w prawdziwym starciu zapewne uciekłaby z podkulonym ogonem albo oberwała porządnie od silniejszego przeciwnika. Nie nadawała się do niczego, a już na pewno nie do tego, czym szczycili się Wygnani. Co więc tutaj robiła? No tak, była karmą dla wilków. Niczym więcej. Nie miała nawet okazji ku temu, by pokazać, że stać ją było na więcej.
Ktoś przekręcił klucz w drzwiach. Poderwała się, cofając pod ścianę. Nie chciała bliskiej konfrontacji z żadnym Upadłym, a już na pewno nie z kimś, kto mógłby połamać jej pozostałe palce. Nie znała jednak mężczyzny, którzy przestąpił próg jej tymczasowej komnaty, czy raczej tymczasowego więzienia, choć jego włosy były podobne do tych, jakie miał Gabriel. Ciemnobrązowe, lekko kręcone. Wyglądał na starszego i był lepiej zbudowany, a na jego brodzie widniał kilkudniowy zarost. Gab miał zawsze gładką twarz, nigdy by się tak nie zapuścił.
Mężczyzna zerknął w stronę prawie pustej miski i uśmiechnął się nieznacznie.
- Masz szczęście, dziewczyno – mruknął, spoglądając na nią z kpiną. – Mistrz nie ucieszyłby się, gdybym mu powiedział, że będzie trzeba bardziej cię złamać, byś przestała się głodzić.
Zachichotał z własnego żartu, po czym postawił na stoliku talerz z mięsem, którego Zyta na początku nie zauważyła.
- Masz to zjeść – burknął. – Albo naprawdę zastosujemy poważniejszy bodziec.
- Co gorszego możecie mi zrobić? – fuknęła, przeklinając w duchu własną głupotę. Miała nie wdawać się z żadnym z nich w głupie dyskusje, ale tak dawno z nikim nie rozmawiała, że zaczęło jej to naprawdę dokuczać.
- Tobie? – zapytał, chichocząc cicho. – Nic. Ale temu głupcowi Gabrielowi owszem.
Poczuła, jak na dno żołądka opada jej coś ciężkiego. Gabriel żył. Nie odebrali jej go. Wciąż miała szansę, by uratować nie tylko siebie, ale i jego.
- A więc nic mu nie jest? – wyszeptała. Oczy ją zapiekły, a po policzku spłynęło kilka łez.
Upadły spojrzał na nią tak, jakby była niedorozwiniętym umysłowo dzieckiem.
- Żyje, jeśli o to pytasz. Czy nic mu nie jest, to już inna kwestia. – Zamilkł, jednak po chwili parsknął upiornym śmiechem. – No proszę, proszę. Kochasz go. To zabawne, że Wygnani tak szybko się przywiązują. Nawet do takich szumowin, jak Gabriel.
- On nie jest szumowiną, w przeciwieństwie do ciebie!
Upadły wyciągnął długi sztylet, mierząc nim w jej stronę.
- Nie masz pojęcia, co robił. Nie masz pojęcia, co jeszcze zrobi. Mistrz torturował go tak, że nie sprzeciwi mu się nawet wtedy, gdy cię zobaczy. Ja w porównaniu z nim jestem tylko niewinnym pionkiem. Jeśli chcesz zobaczyć dwóch największych zbrodniarzy naszej ery, chodź ze mną do sali tronowej. Zobaczysz tam swojego Gabrielka, który prędzej cię zabije, niż znów zaciągnie do łóżka.
- Zamknij się! – wrzasnęła, dysząc ciężko. Wiedziała, że ją prowokował. Wiedziała, że mówił to wszystko po to, by ją zdenerwować. Mimo to nie potrafiła przejść obok tych słów obojętnie. Nie wierzyła w to. Gabriel nie mógł jej aż tak znienawidzić. Nie mógł stać się potworem, za jakiego na początku go miała. Dała krok w przód, patrząc na Upadłego z nienawiścią i rządzą zemsty. Adrenalina, która się w niej gotowała, niemalże eksplodowała.
- I co mi zrobisz, głupia dziewczyno? – zachichotał. – Zanim się na mnie rzucisz, miną wieki. Jaka szkoda, że Mistrz zablokował twoje chi, przez co nie możesz użyć swojego Daru. Inaczej już dawno zabiłabyś nas wszystkich, a potem pobiegła do swojego Gabrielka, do tego zdrajcy i mordercy, który zasłużył na śmierć najbardziej z nas wszystkich, a który ma czelność wciąż oddychać.
To był szczyt wszystkiego. Nawet nie wiedziała, kiedy wrzasnęła z rozpaczy i rzuciła się przed siebie. Chodź od Upadłego dzielił ją prawie cały pokój, miała gdzieś, co się z nią stanie. Wiedziała, że jej nie zabije, o resztę nie dbała. Skoro Gabriel przeszedł takie tortury, że przynależność do Mustafy znów przyćmiła wszystkie jego prawdziwe uczucia, ona zasłużyła na więcej cierpienia. W końcu to przez nią odważył się na bunt i złamanie wszelkich zasad.
Jej żołądkiem szarpnęło tak, jak w chwili, gdy skoczyła w przepaść. Pokój jakby się zmniejszył. Jeszcze przed chwilą była na jego końcu, a nie minęła sekunda, jak stała przed Upadłym i, wykorzystując jego zaskoczenie, chwyciła za jego sztylet i wbiła mu go w serce. Wytrzeszczył oczy, a na jego twarzy odmalował się szok pomieszany z przerażeniem. Osunął się po jej sukni, zostawiając na niej krwawe ślady, i upadł na ziemię. Już się nie poruszył.
Zyta poczuła, jak uginają się pod nią nogi. Nie szokował jej fakt, że jakimś cudem odzyskała zdolność teleportacji. Najwyraźniej cała ta furia, która się w niej gotowała, musiała jakoś na nią wpłynąć. Bardziej przeraziło ją coś innego.
Zabiła człowieka.
Może i był to kompletny przypadek, ale w duchu wiedziała, że gdyby mogła cofnąć czas, nie zrobiłaby tego. Zasłużył na śmierć. Zasłużył na nią tak, jak wszyscy inni Upadli. Miał rację. Choć trwożyła się przed tym, zabiłaby ich wszystkich. A na końcu pozbyłaby się Mustafy. I to w taki sposób, że ostatecznie błagałby ją, by ukróciła te cierpienia i po prostu dała mu odejść.
Potrząsnęła głową. Nie, nie mogła tak myśleć. Nie była morderczynią, nie była potworem. To, co zrobiła, było niedopuszczalne. Dlaczego więc w duchu się z tego cieszyła? Dlaczego widok martwego ciała, choć na początku wprawił ją w osłupienie, teraz był dla niej niczym? Kolejną nic nieznaczącą śmiercią.
Szok minął, ustępując determinacji. Jeśli znajdą ją nad zakrwawionymi zwłokami, będzie skończona. Zamknęła oczy, ponownie próbując użyć swojego Daru. Myślała o małym dziedzińcu, który widziała ze swojego okna, myślała o lasach poza pałacem, myślała o świątyni, o której opowiadał jej Gabriel. Na próżno. Dalej stała w tej przeklętej komnacie, a obok niej wykrwawiał się Upadły. Może Dar nie działał ze względu na to, że niemalże cały las spłonął w wyniku pożaru, który kilka dni temu spowodowali ludzie Mustafy. Nie, to było głupie. Ziemia wciąż istniała, a to, że nie było już drzew, nie znaczyło, że nie może tam się przenieść. Najwyraźniej jej chi odblokowało się tylko na chwilę, dając upust jej emocjom. Po raz pierwszy w życiu zapragnęła, by ktoś ją do czegoś sprowokował. By zezłościł ją tak, jak jeszcze nigdy. Niestety, nigdy nie miało się tego, czego się w danej chwili potrzebowało. Musiała więc zdać się na coś innego. Na ucieczkę według tradycyjnych metod.
Wychyliła się za drzwi. Na korytarzu nie było nikogo, co wcale nie podniosło jej na duchu. Gdy ostatnim razem Gabriel był pewien, że na nikogo się nie natkną, został poddany torturom, a ona straciła wszelką nadzieję na zniknięcie z tego miejsca raz na zawsze. Zamknęła za sobą drzwi, po czym pobiegła w kierunku przeciwnym do tego, jaki obrał Gabriel. Nie wiedziała, czy znajdzie tam wyjście lub jakąkolwiek pomoc. Po prostu nie chciała mijać miejsca, w którym robili mu takie okropności. O ile w ogóle by tam dotarła.
Na szczęście po tej stronie również znajdowały się schody, tyle że węższe i widocznie rzadziej używane. Dla niej tym lepiej. Nie myśląc kompletnie nad tym, co robi, podjęła dalszą wędrówkę w dół. W głębi ducha wiedziała, że nie ma szans na ucieczkę, a już na pewno nie zrobi tego sama. Jej ostatnią nadzieją byli Wygnani uwięzieni w lochach. Gdyby tak udało jej się do nich przemknąć i pomóc im się wymknąć. Może tym razem szczęście jej dopisze i nie natknie się na żadnego Upadłego, a jeśli już, to będzie on sam. Jednego przeciwnika łatwiej było rozbroić niż całą armię. Przynajmniej jej lekcje szermierki na coś w końcu by się przydały.
Była już na półpiętrze, gdy usłyszała czyjąś rozmowę. Głosy były coraz bliżej, a to znaczyło, że przynajmniej dwóch mężczyzn wspinało się po schodach na górę. Starając się jak najmniej hałasować, zbiegła na piętro i, stawiając ostrożnie każdy krok, ruszyła wzdłuż ściany długim korytarzem. Kolejne głosy, tym razem z bocznego holu. Cholera, niedobrze. Wymacała jakąś klamkę za plecami. Bez większych namysłów nacisnęła na nią i odetchnęła z ulgą, gdy drzwi puściły. Oby tylko w środku nikogo nie było.
Wycofała się do pomieszczenia, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Nikt się na nią nie rzucił, nikt na nią nie wrzasnął. Czyli była sama. Cudownie. Odwróciła się, chcąc zbadać pokój, w którym się znalazła. Na widok kobiety stojącej przy oknie z jej ust wydarł się głośny jęk. Przez chwilę myślała, że to Aria. Ale nie, to nie była ona. Miały identyczne włosy i taką samą budowę ciała, jednak nie była jej najlepszą przyjaciółką. Gdy nieznajoma spojrzała przez ramię, Zyta poczuła, jak coś ciężkiego opada jej na dno żołądka. Oczy. Miała czekoladowe oczy.
- Pani Szulc? – wychrypiała, patrząc na matkę Arii z przerażeniem.
Ta przycisnęła dłonie do ust, a łańcuchy, którymi była spętana, uderzyły o siebie z łoskotem. Na początku jej nie poznała. Była bardzo wychudzona, a jej błękitna suknia nosiła na sobie ślady krwi, kurzu i szlamu. Wyglądała okropnie, choć widać było, że się nad nią nie znęcali, a już na pewno nie w sposób fizyczny.
- Zyta? – Nawet głos miała inny. Brzmiała tak, jakby już umierała. – Jak? Co ty tutaj robisz? Ty… wiesz o naszych światach?
- Wiem o wszystkim, pani Szulc – powiedziała, podbiegając do niej i mocno ją obejmując. – Ale to teraz nieważne. Ważne jest to, że musimy stąd uciekać.
- Czy Aria tu jest? – zapytała z nadzieją.
- Nie. Tak właściwie… Nie widziałam jej od kilku dni. Jestem tu uwięziona, tak, jak pani i, jak podejrzewam, pani mąż i przyjaciele.
Kobieta zmarszczyła brwi, jakby nie do końca rozumiała, co Zyta do niej mówiła.
- Czego Upadli chcą od ciebie, moje dziecko? – Przeczesała palcami jej włosy. – Chyba, że… - Na jej twarzy pojawiło się przerażenie. – Słyszałaś o Mieczu Dusz?
Skinęła głową. Jak mogłaby nie słyszeć o przedmiocie, który być może niedługo odbierze jej życie?
- Wiem też o jego przeznaczeniu – dodała po chwili. – Wiem, że szykują go na mnie. Oni... Oni wmusili we mnie Dar, ja…
Łzy popłynęły jej po policzku. Farida ponownie ją objęła, kołysząc w ramionach. Zabawne, jej własna matka nigdy tak jej nie przytulała. Częściej wciskała się w ramiona pokojówek i opiekunek, niż własnej rodzicielki.
- Nic nie mów, moja droga – powiedziała. – Wszystko rozumiem. Nie bój się, nie pozwolę im cię skrzywdzić.
Na korytarzu rozległy się jakieś podniesione głosy, a ktoś na dziedzińcu zaczął bić na alarm. Zyta podskoczyła jak oparzona. Przez to wszystko zupełnie zapomniała, że kilka minut temu zabiła człowieka. A teraz wszyscy jej szukali i prawdopodobnie nie spoczną, póki nie ukażą jej za ten występek.
- Coś się stało – jęknęła Farida.
- To prawdopodobnie moja wina – mruknęła Zyta, rzucając się w stronę stojącej nieopodal szafki, by znaleźć jakiś wytrych lub coś ostrego. – Zabiłam strażnika, który mnie pilnował.
- Co zrobiłaś?!
- Wyjaśnię kiedy indziej. Musimy stąd uciec.
- Nawet jeśli uda ci się mnie uwolnić, nie ruszę się stąd bez mojej rodziny.
- Ich też zamierzam uwolnić – oznajmiła spokojnie, przyglądając się uważnie kawałkowi druta, który znalazła w jednej z szuflad. – Zamierzam uwolnić ich wszystkich, a potem rozgnieść Upadłych jak robaki. Zamierzam rozszarpać Mustafę, zamierzam torturować go dniami i nocami, aż w końcu zacznie błagać mnie o śmierć.
Podeszła do niej, wsuwając drut w zapięcie przy łańcuchu. Udała, że nie widzi dezaprobaty, jaka odmalowała się w oczach kobiety. Mimo to sama zaczęła się siebie bać. Nie sądziła, że jedno zabójstwo wyzwoli w niej tyle emocji. Że jedno uczucie sprowokuje ją do działania, którego nie powstydziliby się najokrutniejsi zbrodniarze.
- Zawsze wiedziałam, że jesteś trochę szalona – przyznała. – Ale nie sądziłam, że aż tak. Szkoda, że Aria nie posłuchała mnie, gdy mówiłam, by na ciebie uważała.
- Szkoda, że ja nie posłuchałam własnej matki, gdy ta prosiła mnie, bym się od was odczepiła i znalazła sobie lepszych znajomych – odparowała.
Klik! Jedno zapięcie poszło. Zostało drugie.
- Jak pani sądzi, za ile minut postanowią zajrzeć i tutaj? – spytała, gdy tupot setek stóp zrobił się jeszcze głośniejszy.
- Znając nasze szczęście? Podejrzewam, że w chwili, gdy moje łańcuchy opadną.
Nikt jednak nie wpadł do środka, gdy tylko kajdany zsunęły się z dłoni kobiety. Ta potarła poranione nadgarstki, po czym złapała za zasłony i z całej siły pociągnęła je w dół. Nieco zardzewiały karnisz, do którego były przymocowane, oderwał się od ściany i wpadł jej prosto w ręce. Pośpiesznie ściągnęła z niego materiał i, trzymając metalowy drążek, pobiegła z nim w stronę drzwi. Napotkawszy zaskoczone spojrzenie Zyty, wzruszyła ramionami.
- Nie mam super mocy, takich jak mój mąż czy córka, ale radzę sobie w walce. Przede wszystkim liczy się kreatywność.
- Jeśli wygrzebiemy się z tego bagna, wpadnę do pani na lekcje kreatywności.
Ta uśmiechnęła się do niej nieznacznie, przyjmując pozycję i czekając, aż ktoś wpadnie do środka. Zyta złapała za drugi karnisz i stanęła obok niej. Czuła, jak jej serce próbuje przebić się przez klatkę piersiową, a jej umysł zasnuwa się setką pytań i rozmyślań, jak wyjść cało z potyczki, która prawdopodobnie je czekała. Nagle coś przyszło jej do głowy. Coś, co po raz kolejny mogła zawdzięczać Gabrielowi.
- Czy jest tu biblioteka i składzik z eliksirami? – spytała.
Farida uniosła wysoko brwi.
- Są, na trzecim piętrze. Chyba nie chcesz teraz czytać, prawda?
- To zależy, co znajdę. Pani Szulc, mam plan. Ale do tego potrzeba mi Upadłych.

***

- Myślałam, że to mój mąż ma głupie pomysły, które zwykle pakują w nas olbrzymie kłopoty. No cóż, właśnie go przebiłaś.
- Polecam się.
Schyliła głowę, naciągając nieco mocniej na twarz kaptur, by ukryć tożsamość przed mijającymi ją Upadłymi. Strój, który miała na sobie, był o rozmiar za duży, ale na szczęście była na tyle wysoka, by nie topić się w spodniach. W duchu podziękowała też swoim szerokim biodrom, na które na ogół tylko narzekała. Po raz pierwszy prawdopodobnie zawdzięczała im życie.
Po korytarzu wciąż kręciły się patrole, które jej szukały, a które być może będą szukać także Faridy, jeśli w komnacie kobiety zastaną dwóch spętanych i nieprzytomnych Upadłych w samej bieliźnie i nikogo poza nimi. Nie sądziła, że to będzie takie proste. Po tym, jak przedstawiła matce Arii swój plan, do środka weszło dwóch mężczyzn. Bez problemu ich obezwładniły, wykorzystując ich zaskoczenie, a następnie ogłuszyły i zabrały im ubrania. Wiedziała jednak, że teraz będzie tylko pod górkę. Zawsze tak było. Mimo to potrafiła odnaleźć pewien plus w całym tym szaleństwie – Mustafa opuścił Wuhan na kilka minut przed tym, jak odkryto, że zniknęła, zostawiając po sobie trupa. Gdyby tak mogła znaleźć Gabriela… Wiedziała jednak, że nie byłby to dobry pomysł. Owszem, mógł stanąć po jej stronie, ale jeśli tamten strażnik mówił prawdę, nie byłoby łatwo znów naprowadzić go na odpowiednie tory, a na to nie miała czasu. Teraz liczyli się tylko Wygnani.
- Jesteś pewna, że to zadziała? – spytała Farida,  zaglądając do jakiejś komnaty i udając, że one również szukają uciekinierek.
- Nie, ale nie widzę innego rozwiązania. Poza tym słyszała pani tamtych mężczyzn, których mijałyśmy na schodach. Mają drugi fragment Miecza Dusz. Nie możemy dłużej zwlekać, a jeśli mój plan się powiedzie, będziemy miały przewagę.
- Obyś wiedziała, co robisz.
Nie wiedziała. Jak zwykle błądziła na ślepo. Ale nie zamierzała się poddawać. I tak jej szukali, a jeśli mogła choć spróbować jakoś przysłużyć się Wygnanym, musiała dać z siebie wszystko. Los postawił przed nią drugą szansę. Nie mogła jej zmarnować.
Żaden z mijających je Upadłych ich nie rozpoznał. To zabawne, jak łatwo było się ukryć w pałacu pełnym wrogów. Być może ich fuks potęgował fakt, że wszyscy byli zbyt zajęci poszukiwaniami, by zwracać na nie jakąkolwiek uwagę. Wiedzieli, że jeśli nie znajdą ich do powrotu Mustafy, będą zgubieni, woleli więc nie tracić czasu na idiotyczne podejrzenia.
W końcu dotarły na trzecie piętro. Czterech Upadłych właśnie wyszło z biblioteki, kręcąc głowami i zgrzytając zębami. To znaczy, że już ją sprawdzili i nie będą im przeszkadzać. Cudownie. Przechodząc obok nich, Zyta zorientowała się, że jednym z mężczyzn był Pius. Ten, który torturował Gabriela. Nabrała przemożonej ochoty, by wyszarpać sztylet i podciąć mu gardło, ale to by ich zdradziło i wszystkie plany szlag by trafił. Dobro świata było ważniejsze, niż jej chęć zemsty. To zrobi później, gdy już załatwi to, co ma załatwić.
Ostrożnie wślizgnęły się do środka, dokładnie sprawdzając, czy nikogo oprócz nich tam nie było. Pusto, na całe szczęście. Farida przekręciła kluczyk w drzwiach i zerknęła na nią z niepewnością.
- To czego właściwie szukamy? – spytała. Zyta była jej wdzięczna, że nie okpiła jej planu i nie wybuchnęłam śmiechem w twarz. Zapewne tak zareagowałby każdy normalny człowiek, ale cóż, Szulcowie i wszyscy Wygnani nie byli normalni.
- Tego właśnie mam zamiar się dowiedzieć – odparła. – Proszę patrzeć w dziale czarnej magii.
Nie zaprotestowała, od razu biegnąc w odpowiednim kierunku. Wiedziała, jak cenny był czas, który im pozostał. Zyta podążyła za nią i od razu zabrała się do poszukiwań.
- Może to głupie, ale czy taka książka aby na pewno leżałaby na wierzchu, gdzie każdy może ją sobie wziąć? – Farida zdjęła z półki kilka grubych tomów, pobieżnie je przeglądając.
- Gabriel co nieco mi o niej powiedział. Wcześniej też nikt jej nie ukrywał. Jest po prostu tak przesiąknięta czarną magią, że sama jej treść odstraszała postronnych. Tylko szaleniec by z niej skorzystał.
- I ty masz zamiar właśnie to zrobić.
- Sama pani przyznała, że jestem szalona. I to nie raz.
- Nie wierzę, że Gabriel to dobry chłopak. Traktował mnie jak przedmiot, nas wszystkich tak potraktował.
- Proszę mi wierzyć, to wszystko przez Mustafę. Tak naprawdę to cudowny człowiek o wielkim sercu, który pogubił się w życiu. Gdyby nie jego pan, pomógłby mi uciec już dawno. Pomógłby nam wszystkim.
Więcej się nie odezwała, co Zyta powitała z ulgą. Nie widziały jej się poważne rozmowy z matką Arii na temat Gabriela. Sama nie była pewna co do niego, zwłaszcza po tym, jakie plotki na jego temat się rozniosły. Wolała jednak nad tym nie spekulować. Liczyło się tylko tu i teraz.
Nie sądziła, że szczęście będzie jej sprzyjać. Znalazła ją szybciej, niż sądziła. Gruby tom oprawiony w czerwoną obwolutę przypominającą ludzką skórę splamioną krwią. Wzdrygnęła się, gdy go dotknęła, jednak nie zawahała się ani na chwilę. Pospiesznie odnalazła interesującą ją stronę i wyczytała Faridzie potrzebne składniki. Ta pobiegła w stronę składziku, który znajdował się tuż obok biblioteki, zaś Zyta zabrała się za przygotowywanie miejsca do odprawienia rytuału. Zegar tykał, a one miały coraz mniej czasu. Owszem, bała się tego, co zamierzała zrobić. Było to niezwykle lekkomyślne posunięcie. O skutkach jednak pomyśli później. Czas zająć się teraźniejszością.
Po kilku minutach stała cała spocona w wielkim kręgu z wymalowanym wewnątrz pentagramem. Na jego krańcach stały palące się świece. Jedną z nich umieściła w samym centrum kręgu w niewielkiej miseczce. Trzymając księgę w jednym ręku, drugą dłonią zgarniała odpowiednie składniki podawane jej przez Faridę, czytając inskrypcje i ciskając ingrediencje do miski. Wokół niej zaczęła unosić się upiorna mgła, która rosła z każdą chwilą. Gdy cisnęła w płomienie ostatni składnik, kończąc tym samym zaklęcie, dobiegł ją cichy śmiech. Odwróciła się przez ramię i stanęła oko w oko Lilith.
- Cześć, Zyto – powiedziała, obracając w dłoni kawałek szkła. – Nie sądziłam, że wpadniesz na coś tak głupiego.
- Ale podziałało. Bo podziałało, prawda?
Lilith zachichotała.
- Podziałało, moja pani. Nie jestem już sługą Gabriela ni Mustafy. Zrobię, co mi rozkażesz. Pamiętaj tylko, że kiedyś przyjdzie ci za to zapłacić.
- Mam nadzieję, że przyjmujesz gotówkę – mruknęła. – Ale zanim wydam ci rozkaz, zadam ci pytanie. Czy spalenie tej księgi spowoduje, że znikniesz?
- Nie, wciąż będę twoim sługą. Bystra jesteś – dodała po chwili. – Mam tylko nadzieję, że po wszystkim odeślesz mnie tam, gdzie moje miejsce. Chciałabym posiać trochę chaosu we własnym zakresie i uwieść kilku mężczyzn. Dawno tego nie robiłam, a Nestor naszej Madzi wydaje się być smakowitym kąskiem.
- Będziesz wolna, przyrzekam. – Przemilczała uwagę o Nestorze. Nie to było teraz istotne.
Położyła księgę na ziemi, po czym sięgnęła po pudełko zapałek, które wcześniej znalazła w szacie Upadłego. W tej samej chwili ktoś z całej siły naparł na drzwi. Raz. Drugi. Farida przyjęła pozycję, jednak Zyta pokręciła głową, pocierając zapałką o draskę i rzucając ją na księgę. Ta szybko stanęła w płomieniach.
- Nie musi pani walczyć – powiedziała, wstając i kiwając głową na Lilith. – Od walki mamy demona.
Demonica uśmiechnęła się, po czym zwróciła głowę w stronę drzwi, które wypadły z zawiasów i runęły na posadzkę. Do środka wdarło się dziesiątki Upadłych, szykując się do ataku. Jednak wyraz pewności siebie, jaki malował się na ich twarzach, zniknął równie szybko, jak się pojawił. Być może przez chwilę jeszcze łudzili się, że Lilith wciąż jest na usługach Gabriela. Zyta wiedziała jednak, że ta nadzieja minęła z chwilą, gdy w ich stronę pomknęły upiorne czarne macki, chwytając ich na nogi i ręce. Patrzyła na to wszystko z fascynacją i głodem w oczach. Nigdy nie sądziła, że ucieszy ją widok rozrywanych kończyn, że uradują ją wrzaski i błagania o litość. Posadzka spłynęła krwią, a ona stała pośród niej i nic sobie z tego nie robiła. Lilith przejmowała cały jej gniew i wykorzystywała jej nienawiść na Upadłych. Tak właśnie powinni skończyć. Wszyscy. Umierając w agonii, krzykach i płaczu, gdzie nikt im nie pomoże. Farida stojąca obok zerkała na nią z przerażeniem, od czasu do czasu spoglądając na szalejącą demonicę, która rozrywała swoje ofiary na strzępy. Nie wyglądała na zgorszoną postępowaniem tego potwora, a Zyty. No tak, miała prawo tak na nią patrzeć, miała prawo być oburzona, co nie zmieniało jednak faktu, że przecież postąpiła słusznie, że zrobiła to wszystko dla swoich ludzi. Jak przywódczyni, którą nigdy nie była, a którą pragnęła być.
Wtem do środka wpadł ktoś jeszcze. Ktoś, na czyj widok omal nie pękło jej serce. Gabriel. Wyglądał okropnie. Oklapnięte włosy, liczne siniaki na policzkach, rozcięte prawe oko, blizny od porażenia prądem na dłoniach i szyi. A jego oczy… Były puste i zimne. Znów wyglądał jak tamten chłopak, którego się bała. Jeśli nie jeszcze gorzej.
Wyczuwając jej emocje, Lilith zaprzestała dalszym torturom i mordom, również spoglądając w stronę drzwi. Zyta nie miała pojęcia, czemu na jej twarzy pojawiło się przerażenie. Co on mógł jej zrobić? Nie miał księgi, nie miał nad nią władzy. Mógł co najwyżej się poddać. W końcu jego nigdy by nie skrzywdziła.
- Dosyć! – wrzasnął, po czym wyciągnął przed siebie rękę, patrząc na Lilith z nienawiścią. - Vade immunda anima!*
Zyta nie miała pojęcia, co się dzieje, dopóki demonica nie wrzasnęła przeraźliwie i nie rozpłynęła się w powietrzu, zostawiając po sobie jedynie nieprzyjemny zapach siarki, kilkadziesiąt trupów, hektolitry krwi i kilku niedobitków, którzy już podnosili się na nogi i niebezpiecznie się do nich zbliżali.
- Gabrielu! – zawołała, bezradnie obserwując, jak trzech mężczyzn łapie Faridę i ciągnie ją w kierunku drzwi. Ta szarpała się i wrzeszczała, jednak na próżno były jej starania. Nie miała szans w starciu z nimi. Poza tym wciąż była w takim szoku, że nawet nie zaczęła się bronić, mogąc jedynie krzyczeć i przeklinać. – Nie, nie wolno ci! Przecież mi obiecałeś!
Chłopak pospiesznie pokonał dzielącą ich odległość, ślizgając się przy okazji na krwi, po czym uderzył ją w twarz. Zapiekło jak cholera. Gdy ponownie na niego spojrzała, a w jej oczach pojawiły się łzy, uderzył w drugi policzek.
- Zabierzcie ją stąd! – warknął, kiwając głową na stojących obok niego Upadłych. – Zabierzcie i torturujcie tak, by zapamiętała, czym grozi niesubordynacja!
- Nie, Gabrielu, to nie jesteś ty, wiem to – wyszeptała, łapiąc go za kurtkę. Upadli jednak szybko ją od niego odciągnęli. – Przecież mnie kochasz, pamiętasz? Mówiłeś mi to, gdy mi cię zabierali.
- Nic takiego nie mówiłem – odparł, patrząc na nią z pogardą. – A jeśli nawet, wyznał ci to ten drugi ja. Ten, którego już nie ma. Wiesz dlaczego? Bo nie żyje. Przez ciebie. Zabierzcie ją sprzed moich oczu – powiedział, kiwając głową na swoich ludzi. – Nie chcę więcej widzieć na oczy tej dziwki.
- Nie! – zawołała, powoli tracąc wszelką nadzieję na to, że kiedykolwiek stąd ucieknie. – Kochasz mnie, wiem to! Tak samo, jak ja kocham ciebie!
Posłał jej obojętne spojrzenie, jakby nic go to nie obchodziło. Owszem, może i go nie kochała, może nie była na to gotowa, ale gdyby był sobą, uwierzyłby jej. Uwierzyłby, że mają szansę. Z niedowierzaniem obserwowała jego oddalającą się sylwetkę, gdy Upadli ciągnęli ją w stronę korytarza. To nie był jej Gabriel. To nie był ten sam chłopak, który ośmielił się ją pokochać, i którego również ona starała się pokochać. To był potwór. Potwór, którego ostatecznie zrobił z niego Mustafa.
Widziałaś kruka na jego ramieniu? Hugin, czyli myśl. Obserwuj uważnie, dziecko. Za chwilę twój rycerz utraci swojego kruka, tracąc tym samym wszystkie zmysły.
Groźba się sprawdziła. Kruk, którego starała się pielęgnować, odleciał, zostawiając jej przerażającego jastrzębia, który nie zawaha się przed tym, by ją zabić. Który nie zawaha się zniszczyć jej tak, jak sam został zniszczony.

*Vade immunda anima – z łac. „odejdź duszo nieczysta”

__________

Kocham rozdziały z perspektywy Zyty. Po pierwsze, bo są długie (10 stron, pozdrawiam). Po drugie, bo zawsze coś się dzieje. Po trzecie, bo dziewczyna jest super, a jej metamorfoza zadziwia mnie z każdym dniem coraz bardziej. To, co tutaj pokazała, to była miazga. Szkoda tylko, że skończyło się tak, jak się skończyło, a nasz rudzielec jest kolejną osobą, która ma złamane serce. No i pojawiła się Farida, hej ho! Swoją drogą psychopatyczny Gabriel jest jeszcze bardziej pociągający, niż normalnie.
Dobra, żartuję, wolałam go jako tamtego cudownego, kochanego chłopca, który był w stanie oddać życie za Zytę, a który teraz nawet nie pamięta, albo po prostu nie chce pamiętać, że ją kochał. Tortury, jakie zaserwował mu Mustafa odbiły się mocnym piętnem na jego psychice. Co z tego wyjdzie? Tego nie wiem nawet ja, wierzcie mi. Ale czas pokaże, co z tym fantem zrobię.

piątek, 13 października 2017

Rozdział 37 "Strzał w dziesiątkę"

Trzymała broń. Była dość poręczna i lekka. Taka, jaką lubiła najbardziej. Wyjęła magazynek i schowała go z powrotem, starając się nie myśleć. Jedna kula. Po co? Dla kogo? Przecież była sama. A może…
Przycisnęła lufę do skroni, a z oddali dobiegł ją szyderczy śmiech. Śmiech Mustafy. Jego barwa była tak podobna do barwy Ibrahima, że mimowolnie przeszły ją dreszcze. Najgorsze wspomnienia, niechciana przeszłość, przeszywający ból.
Po chwili dołączył do niego drugi śmiech, podobny, ale nieco łagodniejszy, który sprawił, że odsunęła pistolet od głowy. Ten chichot również znała, ale z nim miała zupełnie inne skojarzenia. Owszem, kolejny syn Ibrahima, ale tak różny od swojego brata. Tak… niepodobny.
Za jej plecami coś głośno pyknęło. Odwróciła się i mimowolnie odetchnęła z ulgą. Dziwnie mu było w ubraniach pochodzących z jej świata. Znoszona koszulka, wojskowa kurtka, dżinsowe spodnie, ciężkie buty. Mimo to niezbyt jej to przeszkadzało. Nadal był sobą. Kimś, komu ufała bezgranicznie. Kto patrzył na nią z rozbawieniem, przywołując na twarzy swój kpiący uśmiech zarezerwowany tylko dla niej.
- Co tu robisz, Nestorze? – spytała.
Mężczyzna nie odpowiedział. Ułożył dłoń na kształt broni, przycisnął ją do skroni i udał, że naciska spust. Z jego twarzy wciąż nie schodził szyderczy uśmiech.
Pokręciła głową.
- Nie zrobię tego – szepnęła.
- Nie masz wyjścia. – Gdzieś zza jej pleców rozległ się spokojny głos Mustafy. – To syn Ibrahima, prędzej czy później cię zostawi. Ma to we krwi. Krwi zdrajców. Chcesz przez niego cierpieć? Chcesz, by przez niego cierpieli twoi przyjaciele? Pomyśl o Julianie. On ci ufa. Czeka, aż go uratujesz. Jakby zareagował, gdyby dowiedział się, że bratasz się z synem jego największego wroga?
- Nie! – zawołała. – Nestor taki nie jest! To cudowny człowiek i nigdy by mnie nie oszukał. A Julian… Gdyby go znał, wiedziałby, że mam rację. On też dałby mu szansę.
Mustafa zachichotał.
- Wszyscy myślą, że jesteś najsilniejszym ogniwem tej drużyny. Gdyby wiedzieli, że zaledwie cal dzieli cię od największej ludzkiej słabości…
- Idź precz! – wrzasnęła, machając rękami dookoła głowy, jakby to mogło pomóc jej pozbyć się tego okrutnego głosu, którego tak bardzo nienawidziła.
Podziałało. Mustafa już się nie zaśmiał, nie odezwał się choćby słowem. Ale Nestor nadal tu był, nadal wpatrywał się w nią z uśmiechem i nadal trzymał palce przy swojej skroni. A ona wciąż miała w dłoni ten przeklęty pistolet.
Dlaczego w ogóle go trzymała?
Próbowała cisnąć nim w kąt, ale broń jakby przymarzła do jej ręki. To było przypomnienie. Przypomnienie o tym, co robiła kiedyś.
Morderczyni.
Nestor poruszył palcami. Znowu. Strzał za strzałem. Dlaczego on jej to robił?
- Przestań – szepnęła. – Błagam.
Pif. Paf. Kolejne udawane strzały.
Po jej policzku spłynęły łzy. Nie panując nad swoim zachowaniem, przycisnęła broń do czoła i zamknęła oczy.
- Choćby mnie zmuszono, nie zrobię tego – powiedziała. – Nie zabiję cię. Jeśli mam żyć z poczuciem winy, skoro mam żyć bez ciebie, wolę nie żyć w ogóle.
Mówiąc to, oddała strzał.

***

Obudziła się z krzykiem. Oblewał ją zimny pot, a jej ręce drżały niespokojnie. Uniosła je. Nie, żadnej broni, jedynie delikatne szramy, które pozostały po dawnych bitwach, a których nie chciała się pozbyć, pomimo swojego Daru. Przypominały jej bowiem o tym, że była tylko człowiekiem. To był sen, zwyczajny koszmar. Zerknęła w dół. Leżała pod miękką pierzyną. Wciąż miała na sobie tę białą suknię poplamioną jej własną krwią. Dotknęła brzucha. Rana była poważna, ale powoli zaczęła się goić. Gdyby nie była Wygnaną, już by nie żyła. No i gdyby nie…
- Nestor? – zapytała, rozglądając się dookoła. Rozpoznała miejsce, w którym się znalazła. Byli w hotelu w Aleksandrii, w jednym z pokoi, które wynajęli. Czyli wciąż z dala od Upadłych. Zawsze to jakieś pocieszenie.
- Magda?
Spojrzała w stronę, z której dochodził zaniepokojony głos. Nestor dźwignął się z fotela i szybko do niej podbiegł, siadając obok. Nadal był w odświętnej szacie, którą miał na sobie na przyjęciu. Biała koszula upstrzona była kroplami krwi. Jej krwi.
Mężczyzna wziął ją za rękę i przysunął ją do swojego policzka.
- Jak się czujesz? – spytał. – Mówiłaś przez sen. Coś o broni, o życiu bez kogoś, o morderstwie. Przyznam szczerze, że zacząłem się bać, ale…
- Jest w porządku – przerwała mu, czując, że się rumieni. Przecież nie powie mu o swoim śnie, to byłoby okrutne. – Dziękuję, że mnie stamtąd wyniosłeś. Kto wie, co by się stało, gdyby nie ty.
- I gdyby nie twój Dar – dodał, zerkając na przód jej sukni. – Masz niesamowitą moc, tylko dzięki niej mogę teraz z tobą rozmawiać.
- Nie bądź taki skromny. Pamiętam, co się działo. Widzę jak przez mgłę, ale pamiętam. Sam mogłeś zginąć, ale mimo to mnie nie zostawiłeś.
Nestor zamknął oczy, wciąż trzymając jej dłoń przy swoim policzku. Nie przeszkadzało jej to. Po raz pierwszy czyjaś bliskość jej nie krępowała. Było jej dobrze. Czuła ciepło bijące od jego ciała, czuła jego powolny oddech, który sprawił, że dostała gęsiej skórki. Czuła też, że jej rana zasklepia się coraz szybciej. Walczyła o to. Miała dla kogo.
- Upadłaś – szepnął, nadal nie otwierając oczu. – Twoja suknia była cała we krwi. Myślałem, że zaraz wstaniesz, że wybuchniesz mi śmiechem w twarz i powiesz, że przecież ciebie nie można zranić. Ale nie wstałaś. Wpadłem w panikę. Rzuciłem wszystko i po prostu do ciebie pobiegłem. Liczyłaś się dla mnie tylko ty. Ta misja… Ona mnie nie obchodziła. Nie wtedy, nie w tamtej chwili. Ty, tylko ty.
Magda miała wrażenie, że znów śni. Dlaczego on jej to wszystko mówił? Dlaczego porzucił misję, by ją ratować? Wiedział, że by sobie poradziła, że po jakimś czasie jej rany zaczęłyby się goić. Więc czemu zaryzykował własnym życiem i losem świata, by sprawdzić jak się czuje?
Nestor mówił dalej, wciąż na nią nie patrząc.
- Oddychałaś, ale było z tobą źle. Myślałem, że za chwilę zawali mi się cały świat. Nawet fakt, że Mustafa jest moim bratem nie wydaje się być tak przerażający jak to, że mógłbym cię stracić. Powinienem był rzucić się na Lilith, powinienem był odebrać jej ostrze, ale nie zrobiłem tego. Opuściłem stanowisko, zaniechałem misji. Dla ciebie. Ariadna mnie rozumie, Oskar i Aleks też. Wiem, że musimy ratować Wygnanych przed gniewem Mustafy. Zrobię to, ocalę ich i sprowadzę bezpiecznie do domu. Ale nawet oni nie staną się dla mnie ważniejsi. Cały świat mógłby się walić i sypać, a ja przejmowałbym się tylko tym, czy dobrze się czujesz.
Otworzył oczy. Po jego policzku spłynęła pojedyncza łza.
- Czy ja zwariowałem? – spytał, wpatrując się w jej oczy w kolorze wzburzonego oceanu. Oceanu, który właśnie ucichł.
Magda oparła swoją głowę o jego czoło, starając się to przetrawić.
Skończony głupiec, pomyślała. Jeśli myślał, że wyciśnie z niej łzy, to grubo się mylił.
A jednak. Coś się zmieniło. Poczuła dziwne ssanie w żołądku i drapanie w gardle, oczy zaczęły ją szczypać, a po plecach przebiegł dreszcz. Coś faktycznie było nie tak.
- Nie zwariowałeś – odparła, wbijając paznokcie w jego policzek. – Jak zawsze jesteś tym wspaniałym, szlachetnym człowiekiem bez wad. Wciąż jesteś tym lepszym bratem. Ale ja… ja chyba zwariowałam.
Nestor parsknął urywanym śmiechem.
- Jeśli boli cię głowa i chcesz zwrócić obiad, powiedz, a od razu stąd ucieknę. Zostałaś przeszyta na wylot, masz prawo czuć się… niekomfortowo.
- Niekomfortowo to ty się zaraz poczujesz, gdy zetrę ci ten głupi uśmieszek z twarzy.
- Och, chciałbym to zobaczyć.
- Ugh, zapomniałam wspomnieć, że jesteś też tym bardziej irytującym bratem.
- Wolałabyś, żeby to Mustafa teraz siedział na twoim łóżku, żeby to on płakał nad twoimi ranami, żeby to on trzymał cię za rękę?
- Wolałabym, żebyś się przymknął. Mam ci coś ważnego do powiedzenia.
Nestor odsunął się od niej i zmarszczył brwi. Wiedziała, że na wycofanie się było za późno. Ale musiał o tym wiedzieć. Z doświadczenia wiedziała, że sny miały niezwykłą moc. Julian był tego niezbitym dowodem. Ona w sumie też.
Zaczęła opowiadać. Nie pominęła żadnego szczegółu. Z precyzyjną dokładnością przedstawiła mu sytuację, jaka miała miejsce w jej śnie. Wspomniała o Mustafie, o pistolecie, o nim i jego dziwnym zachowaniu, o samobójstwie. Mężczyzna słuchał bardzo uważnie, wpatrując się w nią z udawaną obojętnością, jakby jej słowa nie robiły na nim wrażenia. Wiedziała jednak swoje. Wiedziała, że wewnątrz niego szalała burza, która próbowała wydostać się na powierzchnię. Był świetnym aktorem, potrafił udawać niewzruszenie. Podobnie, jak ona.
Gdy skończyła, wciąż wyglądał na nieporuszonego. Widząc, że nie ma nic więcej do dodania, wyprostował się, spojrzał na nią bardzo poważnym wzrokiem i wypalił:
- Nie zrozum mnie źle, ale… Nie zabiłaś mnie? Zwariowałaś?
Uderzyła go pięścią w ramię.
- Teraz poważnie się nad tym zastanawiam. Ale nie żartuj sobie ze mnie. Potrzebuję twojej rady. Co będzie, jeśli to wydarzy się naprawdę? Jeśli będę trzymać broń i będę musiała wybierać? A co, jeśli nie będę w stanie się zabić?
- Miałabyś jeszcze drugą opcję – zauważył. – Mogłabyś zabić mnie.
- Tego na pewno bym nie zrobiła.
Na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech.
- Jesteś za dobra – stwierdził. - Czasem trzeba poświęcać innych dla dobra ogółu. To jasne, że Mustafa chce mojej śmierci, a ona i tak jest nieunikniona. Pamiętasz słowa napisane krwią w willi? Podejrzewam, że to on je tam zostawił. W końcu jest pół Wygnanym, pół Upadłym, jako jedyny mógł tam wejść pomimo mojej tarczy. No i jest też bardzo potężny, nawet moje moce na niego nie działają. Zabije mnie, choćby miał to zrobić własnymi rękoma. Poza tym skąd masz pewność, że to ty będziesz trzymać broń? Może ten sen jest przeciwieństwem prawdy. Może to ja chwycę za pistolet i przyłożę go sobie do skroni.
- I co, zastrzelisz się? – prychnęła. – Pozwolisz Mustafie wygrać? Nie widzisz, że on właśnie tego chce? Gdybym to ja zginęła, pomieszalibyśmy mu szyki, a ty miałbyś szansę na pokonanie go. Poza tym ciebie potrzebuje państwo, potrzebują cię wszystkie miasta ukryte poza czasem. Ja im się do niczego nie przydam. Jestem nikim i nikt po mnie nie zapłacze.
- Teraz to mnie zdenerwowałaś – warknął, a w jego oczach pojawiły się złowrogie błyski. – Jak śmiesz mówić, że nikt po tobie nie zapłacze? A twoi przyjaciele? Przecież cię kochają. Aria jest dla ciebie niemal jak córka. Nie pomyślałaś o niej? A pomyślałaś o Julianie? O Faridzie? O mnie?
Ugryzł się w język, jednak na cofnięcie słów było za późno. Magda posłała mu zaskoczone spojrzenie, jakby nie dowierzała w to, co właśnie powiedział.
- O tobie? Dlaczego miałabym myśleć o tobie?
- Eee, nie wiem, tak mi się powiedziało.
- Nestorze, błagam…
Mężczyzna westchnął, nachylił się do niej i mocno uścisnął obie jej dłonie. Czuła, że drżał, co było nawet zabawne. Nigdy tak się nie zachowywał. Był w stanie przemawiać do ludu, prowadzić wojsko do ataku, naprawiać wszystkie spory, a nie potrafił normalnie z kimś porozmawiać.
- Zaraz całkowicie się pogrążę – mruknął jakby do siebie. Przeniósł na nią swój zamyślony wzrok, a Magda poczuła, jak przechodzą ją dreszcze. Jeszcze nigdy nie patrzył na nią w ten sposób. – Gdy cię poznałem, wydawałaś mi się dziwna, ale odnalazłem w tobie cechy, które przypominały mi samego siebie. Byłaś uparta, strasznie denerwująca, rzucałaś rozkazami na prawo i lewo. Miałaś też cechy, których ja nigdy nie poznałem. Jesteś dobra, potrafisz kochać, choć nie zawsze to okazujesz, bronisz tych, na których ci zależy. I masz wiarę. Wiarę, której ja wyzbyłem się dawno temu. Gdy wkroczyłaś do Grecji, od razu zainspirowałaś mnie do walki. Nigdy nie chciałem stać po żadnej ze stron, ale przekonałaś mnie, bym walczył u twego boku, bym zakończył tyranię Upadłych i stał się pełnoprawnym Wygnanym. Bałem się tego, bałem się odpowiedzialności, ale przy tobie czułem, że mogę wszystko. Zmieniłaś mnie bezpowrotnie, nieodwracalnie. Bałem się tej przemiany, ale czułem, że robię dobrze, że w końcu mam jakiś cel w życiu, że odnalazłem swoją prawdziwą ścieżkę. Przyczyniłaś się do tego tak, jak nikt inny. Nie przeczę, jesteś zarozumiała i czasem naprawdę doprowadzasz mnie do szewskiej pasji, ale sprawiłaś, że moje życie nabrało kolorów, że teraz wreszcie mam po co żyć. I dla kogo. Gdy opowiedziałaś o swoim śnie, poczułem, jak zamiera mi serce. Popełniłaś samobójstwo po to, by mnie oszczędzić? Mnie, nic niewartego faceta? Potem pomyślałem, że przecież zrobiłbym to samo. Gdyby dano mi wybór – zabić siebie lub ciebie, to oczywiste, że zabiłbym siebie. Nie potrafiłbym żyć po twojej śmierci, nawet powrót do dawnego życia nie zagwarantowałby mi spokoju. Nie umiałbym zapomnieć. Mam gdzieś cały ten świat, mam gdzieś to, że mógłbym stanąć do walki z Mustafą i go pokonać, mam gdzieś innych ludzi. Nie dla nich tu jestem, nie dla nich pakuję się w to bagno. Jestem tu dla ciebie. Wszystko, co robiłem, zrobiłem dla ciebie. I dalej będę to robił. Choćby ostatnią rzeczą, której się dopuszczę, byłoby strzelenie sobie w łeb, zrobiłbym to bez wahania, jeśli to dałoby gwarancję tego, że przeżyjesz.
Nie mogła dłużej powstrzymywać łez. Ostatni raz tak płakała, gdy Julian poprosił ją, by została chrzestną jego córki. Kiedyś sądziła, że nie potrafi okazywać uczuć, że nigdy nie będzie w stanie się wzruszyć. A wystarczyło słowo ze strony osób, na których zależało jej najbardziej, by przestała nad sobą panować.
Nestor delikatnie ujął jej podbródek i posłał jej szeroki uśmiech.
- Nie ukrywaj przede mną łez – rzekł. – Wbrew pozorom, one wcale nie są twoją słabością.
- To prawda – odparła. – To nie one są moją słabością.
- A co nią jest?
- Powinieneś znać odpowiedź na to pytanie.
Zachichotał i odgarnął jej kosmyk włosów z twarzy.
- Och, chyba znam, ale zanim sprawdzimy, czy myślimy o tym samym, zadam ci pytanie. Czy twarz, którą posiadasz obecnie, to twoja prawdziwa? Czy należy tylko i wyłącznie do ciebie?
Skinęła głową, a Nestor się rozpromienił.
- To cudownie się składa. Głupio byłoby mi cię całować, gdybyś nie była sobą.
Nim Magda zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować na te słowa, Nestor przysunął się do niej i pocałował ją. Jego wargi poruszały się na jej ustach, gorące i niespokojne, zamieniając jej ciało w płynny ogień. Przesunęła dłonie po posłaniu i wsunęła je pod jego koszulę. Zadrżał. Widziała, że były lodowate, ale skoro nie przerwał, nie odsunął się od niej, w ogóle mu to nie przeszkadzało. Jego usta oszalały na jej wargach – całował ją tak, jakby za chwilę któreś miało zginąć, jakby pragnął tego od bardzo dawna, a teraz w końcu mógł się wyzwolić z łańcuchów niepewności.
Osunęła się do tyłu, ciągnąc go za sobą. Nie obchodziło ją to, że jej suknia była cała we krwi, że rana wciąż paliła, że była koszmarnie zmęczona. Teraz nie liczyło się nic, prócz niego. Od razu wyczuła zapach jego potu i krwi, która zastygła mu na twarzy. Ostrożnie wysunęła dłonie spod jego ubrania i zacisnęła palce na jego ramionach, by po chwili ostrożnie przesunąć je w stronę zapięcia od koszuli. Nestor jednak pospiesznie odsunął jej dłonie i szybkim ruchem zdarł ubranie przez głowę. Jego naga pierś usiana była setką blizn. Nie miała pojęcia, że wyglądało to aż tak źle, ale z drugiej strony było w nich coś pociągającego. Gdy przysunął się do niej jeszcze bardziej i zacisnął wargi nieco mocniej na jej ustach, ostrożnie przesunęła palcem po jednej z większych blizn umiejscowionej na piersi. Nie znała jej pochodzenia, ale czuła bijącą od niej potęgę. A może to nie jej potęgę czuła, a szalone bicie serca Nestora, które, była tego niemal pewna, zgrało się z rytmem serca, które biło w niej.
Jej dotyk niszczył jego naturalne mechanizmy obronne. Widziała, jak rozpadają się kawałek po kawałeczku. Objęła kolanami jego biodra, musnęła dłonią skórę jego brzucha. Znów zadrżał, ale tym razem nie z zimna, byłą tego pewna. Z wysiłkiem łapiąc oddech, oderwał od niej usta i zamarł w bezruchu, wpatrując się w nią jak w anioła. Wiedziała, ile kosztowała go ta chwila przerwy, widziała to w tych niesamowitych oczach, widziała to w sposobie, w jaki zacisnął pięści na poduszce.
- Chcesz tego? – zapytał głosem zachrypniętym z emocji.
- Jak niczego innego na świecie. Ale najpierw…
- Tak, wariatko – przerwał jej niecierpliwie. – Kocham cię. Teraz i na zawsze.
Uśmiechnęła się, gdy znów przycisnął usta do jej warg i zaczął błądzić rękoma w okolicach zapięcia jej sukni. Przez głowę przebiegła jej myśl, że jeśli tak właśnie miało wyglądać jej życie, to było ono całkiem przyjemne.

***

- Auć, uważaj!
- Och, już nie bądź taki wrażliwy, Jules.
Chłopak posłał Arii oburzone spojrzenie, jednak nie syknął po raz drugi, gdy przyłożyła mu wielki worek lodu do głowy w miejscu, w którym nabił sobie guza po ataku Lilith.
- Przytrzymaj to sobie – powiedziała, zsuwając się z łóżka i podchodząc do Aleksa, który znęcał się nad pilotem. Wyrwała mu go, wyłączyła telewizor i spojrzała na niego ze złością. – Mógłbyś przestać? – fuknęła. – Mamy kilka spraw do obgadania.
- Jasne, szefowo – mruknął, odwracając się w jej stronę. Oskar, który stał przy oknie, podszedł do nich i opadł na kanapę obok Aleksa. To zabawne, że ich relacje uległy poprawie mimo tych wszystkich rewelacji, które sprzedał im Al. Może po prostu Oskar w gruncie rzeczy poczuł ulgę, że Aleks nie jest nim już zainteresowany i że może obcować z nim jak ze zwyczajnym kumplem. Szkoda, że ona nie mogła podchodzić do tego wszystkiego tak spokojnie. W końcu jej najlepszy przyjaciel, który dopiero co przyznał, że kochał ją od dzieciństwa, stwierdził, że ona nie będzie w stanie pokochać jego, gdyż serce oddała innemu. Temu samemu, który siedział teraz obok nich. To było bardziej skomplikowane, niż próba zrozumienia Marion i jej dziwactw.
- Czyli znów jesteśmy, wybaczcie za wyrażenie, w dupie – powiedział Oskar. – Straciliśmy fragment Miecza Dusz, a tym samym cenny czas, Magda omal nie zginęła, Nestor siedzi przy niej od kilku godzin obwiniając się za wszystko, co się stało, a Wygnani wciąż pozostają zaginieni. Ponadto Maks nie daje znaku życia, co oznacza, że jak dotąd nie naprawił astrolabium, więc równowaga pozostaje zachwiana. Kiepska sytuacja.
- Jeszcze kilka dni temu to ty byłeś promyczkiem słońca, a ja obrzucałam cię moimi czarnymi myślami – zauważyła Aria.
- No cóż, najwyraźniej twój nastrój zaczął mi się udzielać.
- Teraz naszym priorytetem jest pilnowanie ostatniego ostrza – wtrąciła Marion. – Jeśli Upadli go zdobędą, to koniec.
- Mógłbym go gdzieś ukryć. – Jules docisnął worek z lodem do guza, a strumyczki wody spłynęły po jego karku. – W końcu to mnie Demeter powierzyła nad nim opiekę. Schowam go tak, że nikt go nie znajdzie, nawet wy.
- Dlaczego chcesz chronić go przed nami? – oburzyła się Marion.
- Jeśli was dorwą, Mustafa zrobi wszystko, by dociec prawdy. Nie pozwolę, by was torturował. Pozna, jeśli nie będziecie wiedzieć nic o ostrzu, a przez to będziecie bezpieczniejsi, przynajmniej do czasu.
- No tak, a ciebie to będzie mógł katować, prawda?
- Mar, proszę, nie utrudniaj mi tego. To moje zadanie.
- Nie jesteś ze stali, Jules. Możesz przemieniać się w wilka Fenrira czy wielkiego smoka ziejącego ogniem, ale to nie czyni cię niezniszczalnym. Złapią cię i zabiją.
- Od kiedy to mówisz do niego Jules? – zainteresował się Aleks.
Marion posłała mu jedno ze swoich najbardziej morderczych spojrzeń. Dziwne, że Al się przed nim nie ugiął.
- Od teraz – fuknęła, po czym ponownie odwróciła się w stronę Julesa, by na niego nakrzyczeć. Ten jednak wykorzystał jej chwilowe milczenie i przycisnął jej dłoń do ust. Nie wyglądała na zadowoloną z tego, jak ją traktuje.
- Odpuść – burknął. – Zrobię, co uważam za słuszne i nawet ty mi w tym nie przeszkodzisz.
Odsunęła jego dłoń od swoich ust, jednak nie odezwała się już ani słowem. Wyglądała na śmiertelnie obrażoną. Aria wiedziała, że wkrótce jej przejdzie i że znów zacznie się z nim sprzeczać, ale musiała przyznać, że dawno nie widziała jej w takim stanie. W stanie, w którym aż tak by się zamartwiała.
- Niechętnie to mówię, ale zgadzam się z Julesem – rzekł Aleks. – Trzeba pozbyć się tego cholerstwa, bo tylko ściągnie na nas kłopoty. Jednak musimy to zrobić tak, by Lilith się nie dowiedziała. Skoro znalazła nas w naszych czasach i to aż w Aleksandrii, kto wie, czy nie odkryje, co zrobiliśmy z ostrzem.
- Spokojnie, mam już pewien plan – zapewnił Jules.
Zapadła niezręczna cisza, przerywana jedynie prychnięciami Marion i jej ledwie słyszalnymi bluzgami kierowanymi pod adresem Julesa. Choć Aria zdawała sobie sprawę, że nie mieli innego wyjścia, podzielała nastrój Mar. Z jednej strony chciała rzucić się na byłego chłopaka i stłuc go na kwaśne jabłko, by się opamiętał i nie zgrywał bohatera. Nie mogła go stracić, nie po raz kolejny. Z drugiej zaś nawet ona wiedziała, że to ich jedyna opcja, ich ostatnia nadzieja. Dopóki Upadli nie mieli Miecza Dusz, ich bliskim nic nie groziło. W każdym razie nic oprócz tortur. Jules wiedział, na co się porywał, wszyscy to wiedzieli. Zawsze był szlachetny i odważny do przesady, ale te cechy pomagały mu również wyjść obronną ręką z każdej krytycznej sytuacji. Już nie raz udowodnił, że jest wielkim i wytrwałym wojownikiem. Oby tym razem nie zawiódł, a jego odwaga nie okazała się być gwoździem do trumny, którą szykował sobie od chwili, gdy po raz pierwszy sięgnął po miecz.
- Nie możemy jednak siedzieć bezczynnie – powiedziała, gdy ich milczenie przeciągnęło się do kilku minut i powoli zaczynało stawać się nie do zniesienia. – Nie możemy czekać, aż Upadli sami nas dopadną.
- Moglibyśmy spróbować odnaleźć naszych staruszków i wyciągnąć ich z tego bagna, w które się wpakowali – podsunął Aleks, co Oskar zbył nerwowym śmiechem.
- Powodzenia, stary. Gdybyś tylko wiedział, gdzie oni są. Och, i gdybyś miał wielką armię gotową obalić rządy Mustafy.
- Ciebie naprawdę wzięła jakaś depresja – skwitował. – Niepotrzebna nam armia, wystarczy dobra dywersja i plan najwyższych lotów. A co do szukania ich, Upadli nie mogli ukryć się daleko. Na pewno gdzieś w pobliżu portalu, żeby mieć możliwość szybkiego przeniesienia się.
- Odpada nam Amritsar, Miasto Upadłych, Lyon, Rzym i być może Argos – powiedziała Aria. – Jeśli mieli gdzieś się osiedlić, to tam, gdzie będą bezpieczni i gdzie jeszcze się nie pojawiliśmy. Inaczej dawno natknęlibyśmy się na ich fortecę.
- Chyba, że ukrywają się pod ziemią – zauważyła Marion.
- Wątpię. Poza Miastem Upadłych nie istnieje miejsce, w którym mogliby dobrze działać z kanałów, a wiemy, że tam ich nie ma. Miasto jest zniszczone, a grupa uderzeniowa, która nas tam zaatakowała, przybyła z innego wymiaru. Pytanie tylko skąd.
- Muszą być tam, gdzie nie odważylibyśmy się wkroczyć, lub tam, gdzie weszlibyśmy sądząc, że jesteśmy bezpieczni, choć sytuacja byłaby zupełnie inna – podsunął Oskar.
- Wuhan – wyszeptał Jules. Cztery pary oczu spojrzały na niego z zaskoczeniem, a ten wyszczerzył zęby w promiennym uśmiechu. – Och, Lilith jest taka głupia!
- Do rzeczy, futrzaku – warknął Aleks.
- Gdy byliśmy na balu w pałacu i gdy zaatakowała nas Lilith, pod wpływem dumy i dominacji nad nami wymsknęło jej się, że Mustafa pragnie nas w swoim cesarstwie i że dopiero tam padniemy przed nim na kolana. Myślałem, że to była tylko taka metafora, ale co, jeśli to prawda? Jeśli Mustafa naprawdę jest w miejscu, gdzie panuje cesarstwo?
- Forteca o grubych, potężnych murach ukryta w gęstym lesie zdolna pomieścić tysiące ludzi. – Aria poczuła, jak po jej czole zaczynają spływać kropelki potu. – To miałoby sens.
- Gdybyśmy tak po prostu się tam udali, wpadlibyśmy w pułapkę – jęknęła Marion. – To jedyne miejsce, które uważalibyśmy za względnie bezpieczne, choć w środku czekałaby na nas zguba. Nie lecieliby do Petersburga czy Karnaku, bo tam nie udalibyśmy się bez większego przekonania. Przenieśli się tam specjalnie.
- Tyle że teraz o nich wiemy i nie damy się tak łatwo załatwić, nie tym razem! – zawołał triumfalnie Aleks, uderzając pięścią w stolik. – Pomszczę moją sromotną porażkę w Lyonie, pomszczę porażkę tutaj, w Aleksandrii, pomszczę porażkę naszych rodziców. Tak, kochani, mam plan. Plan, który powali na kolana nawet samego Mustafę.

__________

Tak, jeden ship życia aktywowany, można świętować!
Powiedzcie mi, czy tylko ja tak bardzo jarałam się na rozmowie Magdy i Nestora? Klawisze przy pisaniu niemal uciekały mi spod palców, wtedy chyba nawet wgniotłam za mocno spację i nie mogłam jej wyciągnąć :") Tak, brawo dla mnie.
Aleks ma plan. Wiecie, że to nie wróży nic dobrego, prawda? Zwłaszcza, że ten działa pod wpływem emocji. Chyba wciąż pluje sobie w brodę za to, co stało się z Zytą. Mimo to jestem szczęśliwa, bo widać, że w jakimś stopniu wraca do siebie. Gdyby tak jeszcze jego moce się pojawiły...
Tak jak obiecałam, za tydzień dowiecie się, co zrobiłam Gabrielowi i jak trzyma się Zyta, której życie powoli zaczyna zwisać na włosku. Zdradzę Wam, że nie tylko ta dwójka się tam pojawi, ale również ktoś z naszych starych znajomych.

Szablon by Aveline Gross